Po dość burzliwych dyskusjach nad tegorocznymi planami urlopowymi zdecydowałyśmy się zwiedzić kolejny, kompletnie nieznanym nam kraj bałkański, a mianowicie Bułgarię. Zanim jednak tam dotarłyśmy, zahaczyłyśmy o kilka miejsc w leżącej na trasie Rumunii.
Jakuszyce – polska stolica narciarstwa biegowego. W końcu i my postanowiłyśmy popróbować tego nieznanego nam sportu.

Listopadowy, pierwszy długi weekend postanowiłyśmy zacząć dzień wcześniej i już w środę po pracy ruszyłyśmy w drogę. Niedaleką co prawda, bo naszym celem był Zalew Mietków, gdzie umówiłyśmy się z koleżankami na oblewanie ich nowego vana – Mercedesa Sprintera.
Ponownie zawitałyśmy w góry Izerskie. Tym razem postawiłyśmy na ich polską część. Miałyśmy spory niedosyt po ostatnim pobycie (link), tym bardziej, że Izery są naprawdę bajeczne.
W pewien gorący, czerwcowy weekend odwiedziłyśmy Góry Izerskie po czeskiej stronie. Wydawało nam się to ciekawsze niż ponowne wędrowanie Halą Izerską.
Przełom października i listopada był dla nas ostatnią szansą na wyjazd w poszukiwaniu kolorowej jesieni i tym razem postawiłyśmy na Pieniny.
Wyskoczyłyśmy na jednodniowy, niedzielny wypad do Kotliny Kłodzkiej. Na więcej nie miałyśmy czasu ale i tak byłyśmy bardzo zadowolone z weekendu. Postanowiłyśmy też nie brać aparatu by było na lekko, a zdjęcia robiłyśmy tym razem tylko komórką.
Zaplanowałyśmy mały, spokojny wypad weekendowy bez forsowania się długimi szlakami. Taki wyjazd w stylu slow. Idealnie do tego celu nadawała się okolica nigdy przez nas nie odwiedzona – rewiry Unisławia Śląskiego, Mieroszowa i Chełmska. Nie są to bardzo znane turystycznie tereny dlatego też były przez nas pomijane a całkiem niesłusznie jak się okazało.
Pierwszy wyjazd w tym roku został zadedykowany górom i zimie. Mieszkając w Wielkopolsce jesteśmy zawsze poszkodowane brakiem śniegu, musimy więc sobie od czasu do czasu to rekompensować krótkimi wyjazdami.
Wahałyśmy się długo pomiędzy spędzeniem długiego weekendu październikowego w Beskidzie Niskim a Żywieckim. Ten ostatni wygrał ze względu na bliższy dojazd. Szkoda nam było marnować krótkie jesienne dni na pokonywanie kilometrów.
Ostatni słoneczny i w miarę ciepły tegoroczny długi weekend postanowiłyśmy wykorzystać na wizytę w kompletnie nieznanych nam Górach Opawskich.
Po długiej niebytności w górach, spontanicznie ruszyłyśmy Badylkiem w Karkonosze. Na szczęście tuż przed wyjazdem udało nam się naprawić kran i pompkę, które zepsuły się przed Toskanią. Poza tym drobiazgiem nie musiałyśmy robić żadnych przygotowań.
Pierwszy wolny i w miarę pogodny weekend po powrocie z wakacji spędziłyśmy dość nietypowo. Nasze koleżanki wybierały się do Lądka-Zdroju a my chciałyśmy odwiedzić Kotlinę Kłodzką. Po namyśle postanowiłyśmy minimalnie zmienić plany i również zawitać do Lądka. Skusiła nas wizja basenów siarczkowych, czyli małe przypomnienie niedawnego pobytu w Albanii.
Po wczorajszym intensywnym dniu, rano jakoś nie mogłyśmy się wygrzebać bo pomimo chłodnej nocy spało się w Badylku bardzo fajnie. W końcu jednak wstałyśmy, zjadłyśmy owsiankę na śniadanie i ruszyłyśmy niebieskim szlakiem.
Po intensywnym dniu kręcącym się wokół Sowiogórskiej Kolei Zębatej postanowiłyśmy przed wieczorem zrobić jeszcze mały spacer po Radkowskich Skałach.
Ależ nam się dłużyła końcówka tej zimy. W końcu nadszedł pierwszy w miarę ciepły i wolny weekend, kiedy mogłyśmy zrobić wypad w niedalekie Góry Stołowe i okolice. Pogoda dopisała, chociaż miałyśmy nadzieję na nieco cieplejszą aurę.
Barcelonę opuściłyśmy najwcześniej jak się dało i pokierowałyśmy się wybrzeżem w stronę Tarragony, a stamtąd na Cornudella de Montsant. Następnie niekończącymi się serpentynami wspięłyśmy się Badylkiem wprost na samą górę, do bajkowej Siurany.
Mroźna ale za to bezchmurna niedziela zapowiadała piękny dzień. Koniecznie trzeba było go spożytkować na jakiś fajny biały spacer.
Podczas niedawnego pobytu w Książańskim Parku Krajobrazowym nie udało nam się odwiedzić Ruin Zamku Cisy więc postanowiłyśmy tam wrócić i nadrobić to zaniedbanie.

















