Zima w Kotlinie Kłodzkiej

lutego 23, 2026


Wybrałyśmy chyba najmroźniejszy weekend tej zimy na wypad w góry. Temperatury pospadały do minus kilkunastu stopni ale nie zniechęciło nas to, a wręcz przeciwnie, miałyśmy nadzieję na trochę białego szaleństwa. 
Padło na Stronie Śląskie, gdzie akurat szczęśliwie udało się zarezerwować nocleg w znajomym Ski&Bike House. W planie był sobotni trekking oraz niedzielne szusowanie na stokach Czarnej Góry. Do Stronia dotarłyśmy w piątek wieczorem. Chwilę pogadałyśmy z właścicielami i zamówiłyśmy saunę na sobotni wieczór.


Trekking na Śnieżnik z Kamienicy

Rano ekspresowe śniadanie, gorąca herbata do termosu i ruszyłyśmy do pobliskiej Kamienicy. Znajduje się tu fajny parking z wiatką, może kiedyś przyjedziemy tu na nocleg w aucie bo miejscówka jest ustronna i przyjemna. Startuje stąd żółty szlak do przełęczy Głęboka Jama. 







Krajobraz od pierwszych kroków był bajkowy, śnieg zalegał na drzewach ciężkimi czapami a gałęzie zdobiły lodowe kolce. Dodatkowym bonusem szlaku był kompletny brak ludzi. Cisza, śnieg i my – czyli tak jak lubimy. Na przełęczy zmieniłyśmy szlak na zielony i zaczęło się solidniejsze podejście. Przydały się tu raczki, dzięki którym wygodnie dotarłyśmy do źródeł rzeki Morava. 




Trasa zrobiła się bardziej ludna, pojawiło się sporo narciarzy na biegówkach, jak to w Czechach. Pochmurna aura nie dawała szans na podziwianie widoków, jednak szczęśliwie dla nas w tym momencie zasłona chmur się na chwilę przetarła. Wykorzystałyśmy to, żeby polatać trochę dronem. Od źródełka blisko już było do słynnej rzeźby słonia. Tradycyjnie zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. 







Śnieżnik tonął w bieli a oszroniona wieża wyłaniała się dopiero z bliska. Mimo zerowej widoczności weszłyśmy na taras widokowy, licząc po cichu na kolejny cud i dziurę w chmurach. Pogoda jednak tym razem nie była łaskawa. Policzyłyśmy, że po raz piąty stanęłyśmy na Śnieżniku, a wchodziłyśmy chyba z każdej możliwej strony, również czeskiej.









Mróz nie sprzyjał dłuższemu pobytowi na górze, więc zeszłyśmy ogrzać się w schronisku pod Śnieżnikiem. Ciasna salka była wypchana ludźmi, nie chciało nam się czekać w kolejce, zamówiłyśmy jednak dwie kawy i gofra z jagodami a nasze własne daktyle w czekoladzie dopełniły posiłku. Po wyjściu okazało się, że niebo znów się trochę przejaśniło, dron ponownie poszedł w ruch. 








Ruszyłyśmy teraz niebieskim szlakiem, który trawersował górę i miał nas doprowadzić do parkingu. Ponownie okazało się, że zostawiłyśmy tłumy a my miałyśmy szlak niemal na wyłączność. Towarzyszył nam widok na Czarną Górę, której wierzchołek wychylał się z chmur. Nie odpuściłyśmy oczywiście kolejnego lotu dronem. 
Szłyśmy dość ślamazarnie i dogoniła nas grupka czterech facetów, zmierzających, jak się okazało, do chatki pod  Śnieżnikiem. 











Domknęłyśmy pętlę na parkingu i wyszło jakieś 16 km trasy  (link). Na koniec byłyśmy już solidnie zmarznięte i głodne więc idealnie trafiłyśmy do browaru i restauracji w Kamienicy, gdzie zatrzymałyśmy się na obiad. Spróbowałyśmy też ichniejszego piwa i ogrzałyśmy się przy kominku. 
Po dotarciu do naszej miejscówki jeszcze gorąca herbata, prysznic i długo wyczekiwana sauna. Z przyjemnością skorzystałyśmy z kilku gorących seansów z olejkami eterycznymi. Na koniec schłodziłyśmy się w beczce z zimną wodą. To był bardzo udany dzień.








Narty na Czarnej Górze

Niedziela zaczęła się wcześnie. Śniadanie, herbata do termosów i pakowanie do auta, gdyż nie zamierzałyśmy już wracać na kwaterę. Zaparkowałyśmy na szybko zapełniającym się parkingu pod Czarną Górą. Kiedyś parking był darmowy, obecnie trzeba zapłacić 20 zł za cały dzień. 




Plan był taki, że Agata pozjeżdża na nartach a ja w tym czasie połażę po okolicach Czarnej Góry. Udało mi się nawet wjechać korzystając z jej karnetu narciarskiego na szczyt góry i zaoszczędziłam sobie mozolnego podchodzenia. (Całodzienny skipass to obecnie koszt 155 zł).





Dzień był dla odmiany słoneczny, chociaż bardzo mroźny. Ze szczytu roztaczały się piękne widoki. Stara, drewniana wieża niestety już się rozpadła, ale może to i dobrze – miejsce stało się bardziej kameralne. 



Z Czarnej Góry ruszyłam czerwonym szlakiem wprost na Śnieżnik, którego jednak nie zamierzałam ponownie zdobywać. Trasa okazała się bardzo przyjemna, łagodna i niezbyt uczęszczana. W plecaku miałam termos z herbatą i daktyle. Słoneczko przygrzewało coraz lepiej – w pewnym momencie było mi wręcz za ciepło w czterech warstwach odzieży, musiałam zdjąć docieplający polar i rękawiczki. Z Czarnej Góry do przełęczy Śnieżnickiej jest około 6 km, które pokonałam spacerowym tempem. Na trasie spotkałam czterech panów z poprzedniego dnia. Dowiedziałam się, że nockę spędzili w chatce w komfortowych warunkach – ciepło, wesoło i w towarzystwie innych amatorów outdooru. Pomachaliśmy sobie na pożegnanie. 









Z przełęczy skręciłam w dawny czarny szlak prowadzący do Janowej Góry ale trochę wcześniej odbiłam do resortu Czarna Góra i pod Luxtorpedą spotkałam się z Agatą.
Musiałam jeszcze przynieść jej drona na ostatni wjazd oraz odczekać swoje na jej powrót z góry. Ostatni zjazd odbyła samotnie po świeżo wyratrakowanej na wieczorne zjazdy trasie.  W tym czasie tak zmarzłam, że sądziłam że już nigdy się nie rozgrzeję. Jednak przeżyłam i nawet nie zachorowałam. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do Goszowa na obiad na słynnego pstrąga. W Lesznie byłyśmy koło 21.








Stronie Śląskie, 30.01-1.02.2026

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram