Z Edirne do Azji przez Dardanele
listopada 27, 2025Pierwszy i ostatni kontakt z Turcją miałyśmy w dość niedocenianym przez polskich turystów mieście Edirne. Ma ono jednak sporo do zaoferowania. To starożytne miasto zwane kiedyś Adrianopolem posiada liczne zabytki, wpisane na listę UNESCO.
Edirne
Dla nas jednak najfajniejszy był oczywiście lokalny koloryt – liczne knajpeczki, herbaciarnie, sklepy, bazary. Zaparkowałyśmy w centrum i zwiedzałyśmy szukając przy okazji kantoru a potem sklepu z telefonią komórkową. W Turcji działa trzech operatorów: Vodafone, Turk Cell oraz Turk Telekom. Zdecydowałyśmy się na ten ostatni i zakupiłyśmy kartę SIM oraz pokaźny pakiet internetowy 50 GB. Spokojnie wystarczyło na nas dwie na trzy tygodnie. Kosztowało nas to jakieś 170 zł. Rozmawiając później ze znajomymi dowiedziałyśmy się, że można było wykupić za nieduże pieniądze ukraińską kartę SIM, która ponoć działa też w Turcji i dokupić tylko pakiet internetowy. Wychodziło to o wiele taniej. My jednak nic o tym nie wiedziałyśmy. Może następnym razem zrobimy lepsze rozeznanie.
W Edirne poszłyśmy oczywiście na pierwszy turecki posiłek a na wyjeździe na ostatni. Były to przepyszne kebaby, grillowane i pieczone wątróbki jagnięce (kuzu ciger), z których Edirne słynie, zupy na głowach owczych (kelle paca) oraz rozmaite słodycze (lokum, baklawy, kunefe itp.).
Kocaçeşme
Naszą turecką odyseję wybrzeżem rozpoczęłyśmy w pobliżu miejscowości Kocaçeşme, przy niewielkim porcie, który wyglądał z góry jak klucz francuski.
Dotarłyśmy tu już na wieczór dlatego też niewiele widziałyśmy ale stały tu już ze dwa kampery i włóczyły się bezpańskie psy. Ogólnie było spokojnie za wyjątkiem nocnego koncertu psów. Każdy pies miał tu chyba swój rewir i pilnowały nieprzekraczania granic. Przy porcie było źródło słodkiej wody, którą chętnie uzupełniłyśmy puste baniaki.
Zmierzałyśmy na kontynent azjatycki, mając świadomość jak olbrzymim krajem jest Turcja i jak niewiele czasu mamy na zwiedzanie. Ale jak to my, po drodze zahaczyłyśmy o jeszcze jedną miejscówkę nad pięknym klifem w Zatoce Saroz i zostałyśmy tam na małą regenerację po przygodach związanych z dojazdem.
Beans Burn Lighthouses
Przylądek okazał się wspaniałym miejscem z niesamowitym widokiem. Dojechałyśmy tam z miasteczka Saroz nieutwardzoną drogą, mijając po drodze plażę Bolayır z pomostami i łodziami rybackimi.
Po dojechaniu na sam koniec małego półwyspu Google maps, roztoczył się przed nami nieziemski widok z klifu. Do tego cisza i spokój i idealne warunki do snurkownia. Swoją drogą idealna miejscówka na nocleg.
Poniżej klifu znajdowała się mała, urocza zatoczka z pięknymi zielonkawymi skałami, do której można było zejść po schodach. Pływanie ze względu na jeżowce możliwe było tylko w butach do tego przeznaczonych. Morze jest w tym miejscu dość lodowate ale za to krystalicznie czyste, wszystko widać wyraźnie bez okularów.
Promem przez Dardanele
Dardanele postanowiłyśmy przepłynąć promem, pomimo że Turcja może się już poszczycić nowiutkim mostem, który znacznie ułatwia przejazd na drugi kontynent.
W Kilitbahir przekąsiłyśmy na szybko balik ekmek, obserwując przy okazji zanurzenie statku podwodnego, po czym wjechałyśmy na prom. Cena promu i mostu jest identyczna, nie ma więc opcji tańszego lub droższego przedostania się przez cieśninę.
Cannakale przejechałyśmy tranzytem i skierowałyśmy się w stronę morza Egejskiego, zahaczając po drodze o producentów oliwy, piekarnie z simitami i różne kramiki przydrożne z owocami (nasze ulubione jujube) i warzywami. Noc spędziłyśmy nad morzem w okolicy Geykili.
Jujube!
Przez większość podróży trzymałyśmy się linii brzegowej i opuściłyśmy ją dopiero w Kazanli.
Edirne - Geykili, Turcja Badylkiem - 9-10.09.2024
































































0 komentarze