Nie musicie być miłośnikami wina (chociaż fajnie gdybyście nimi jednak byli) by zachwycić się pięknem tej wyjątkowej doliny. Dookoła wijącej się pośród zielonych wzgórz rzeki, jak okiem sięgnąć, rozpościerają się tarasy z rzędami winorośli, układając się w kaskadowe formacje. Warto wybrać się tutaj chociażby dla tych zapierających dech w piersiach widoków.
Do Costa Nova przygnały nas kolorowe paseczki. Zahaczyłyśmy o to ciekawe miasteczko będąc w drodze powrotnej naszej Badylkowej objazdówki Półwyspu Iberyjskiego.
Przylądek Peniche był naszym kolejnym przystankiem zwariowanej objazdówki Portugalii. Dlaczego zwariowanej? Bo we wstępnych planach była tylko Hiszpania, a Portugalia wpadła z doskoku, przez co z niczym nie mogłyśmy zdążyć i wszystko odbywało się na wariackich papierach.
Są takie miejsca, które raz zobaczone przypadkiem na zdjęciach, zapadają na zawsze w pamięć i już wiesz, że chciałbyś tam dotrzeć i zobaczyć je na własne oczy, poczuć na własnej skórze to niezwykłe piękno natury.
Rankiem pojechałyśmy znów na wczorajszy punkt widokowy. Tym razem mogłyśmy w pełni podziwiać olbrzymie klify i długie fale, tak uwielbiane przez surferów.
Po kajakowej przygodzie opuściłyśmy Lagos i ruszyłyśmy w kierunku Cabo De Sao Vincente. Jednak zanim tam dotarłyśmy, zatrzymałyśmy się w Sagres.
Piękny poranek zapowiadał piękny dzień więc wyskoczyłyśmy z Badylka bardzo wcześnie, gotowe na bajeczną wyprawę. Ubrałyśmy się odpowiednio na kajak, wzięłyśmy worki wodoszczelne i kapelusze.
Z Algar Seco kierowałyśmy się do Lagos, które miało być naszym kolejnym przystankiem w podróży, jednak - jak to my - po drodze musiałyśmy jeszcze o coś zahaczyć.
Po odwiedzeniu Wiszących Dolin udałyśmy się Badylkiem w dalszą podróż wzdłuż portugalskiego wybrzeża. Zatrzymałyśmy się w miasteczku Carvoeiro, w którym w XVI wieku zadomowili się piraci.
Wjeżdżając do Portugalii pamiętałyśmy, żeby nie wpakować się na autostradę. Po pierwsze dlatego, że chciałyśmy jak najwięcej zobaczyć w nowym dla nas kraju, po drugie – czytałyśmy, że przejazd portugalskimi autostradami wymaga posiadania odpowiedniego urządzenia sczytującego dane, a my nie miałyśmy ochoty zawracać sobie tym głowy.
Wszystkie przewodniki informują, że zwiedzanie Gibraltaru najlepiej zacząć od pozostawienia samochodu na parkingu przed przejściem granicznym. Chodzi o ciasnotę i brak miejsc do parkowania w samym Gibraltarze. Miałyśmy zamiar też tak zrobić ale po namyśle postanowiłyśmy jednak wjechać Badylkiem na terytorium brytyjskie.
Jadąc z Setenil de la Bodegas mijałyśmy na trasie sporo białych miasteczek ale zatrzymałyśmy się dopiero w Olverze. Nie była co prawda w planach ale widok twierdzy górującej na skałach i miasteczka u jej stóp spowodował, że spontanicznie tam wjechałyśmy.
Andaluzja, a zwłaszcza prowincja Kadyks i Malaga słyną z tzw. pueblos blancos, czyli białych miasteczek usytuowanych na wzniesieniach i będących pozostałością panowania Maurów. Pierwszym na naszej trasie była odwiedzona dnia poprzedniego słynna Ronda. Niedaleko niej, na terenie gór Sierra de Grazalema i Parku Narodowego Andaluzji leży niesamowite miasteczko Setenil de las Bodegas.
Po wizycie w niesamowitym Cabo de Gata postanowiłyśmy zahaczyć Badylkiem o Pustynię Tabernas. Cieszyłyśmy się bardzo na myśl o zwiedzeniu kawałka Dzikiego Zachodu w Europie, bo krajobraz jest na pustyni prawdziwie westernowy - wszędzie gołe skały i pustkowia.
Niewiele osób jest w stanie sobie wyobrazić, że w XXI wieku niektórzy ludzie w Europie wciąż jeszcze mieszkają w jaskiniach. A jednak! Kilka tysięcy osób w Hiszpanii żyje właśnie w taki sposób. Domy w skale (hiszp. casas cuevas) odnajdziemy w różnych regionach kraju, jednak ich największe zbiorowisko znajduję się w miasteczku Guadix w Andaluzji.
Z Cartoixy pięknymi górskimi drogami zaczęłyśmy przemieszczać się w kierunku rzeki Ebro. Pomału zmierzałyśmy do Walencji - pierwotnego celu naszej podróży.
Po Caminito del Rey udałyśmy się na szlak pueblos blancos, czyli białych miasteczek malowniczo rozsianych w okolicznych górach.
Pomimo zmęczenia nocnymi przygodami w oliwnym gaju (link), zerwałyśmy się bardzo wcześnie żeby zdążyć na pierwsze wejścia do słynnego wąwozu Caminito del Rey.
Spieszyłyśmy się do Alhambry ale przed nami rozciągały się majestatyczne góry Sierra Nevada i chciałyśmy chociaż odrobinę je liznąć. Dlatego też nie wróciłyśmy do głównej drogi tylko pojechałyśmy podrzędnią trasą, zahaczającą o Sierrę.









