Kiedyś okazałe sanatorium z wodami zdrojowymi, później tętniąca życiem szkoła, a dziś obraz marnotrawstwa, braku wyobraźni i wielu zaniedbań. Ten okazały budynek od kilku lat stoi pusty, niszczeje i czeka na swój koniec.
Ależ nam się dłużyła końcówka tej zimy. W końcu nadszedł pierwszy w miarę ciepły i wolny weekend, kiedy mogłyśmy zrobić wypad w niedalekie Góry Stołowe i okolice. Pogoda dopisała, chociaż miałyśmy nadzieję na nieco cieplejszą aurę.
Po zregenerowaniu sił i dolce far niente (słodkim nicnierobieniu) na plaży Sombrerico, zerwałyśmy się rano gotowe do dalszej podróży. Szybkie śniadanie, szybkie pakowanie i ruszamy do jednego z punktów dzisiejszego dnia – Cabo de Gata w Almerii.
Poranek powitał nas piękną pogodą. Nocowałyśmy pod wieżą Torre del Pirulico więc oczywiście rano wdrapałyśmy się na nią pooglądać widoki. Śniadanie postanowiłyśmy zjeść na plaży, do której wczoraj nie dotarłyśmy.
Z wielkim żalem żegnałyśmy się z Albuferą i domem Veroniki. Jak zwykle zabrakło czasu na to żeby spokojnie pozwiedzać, pooglądać i po prostu nacieszyć się miejscem. Wzywały nas już kolejne atrakcje na trasie, m.in. różowa laguna w Torrevieja.
Zanim ruszyłyśmy do Albufery pojeździłyśmy jeszcze trochę po rozległych polderach pięknej Delty Ebro w poszukiwaniu flamingów.
Barcelonę bardzo chciałyśmy zobaczyć ale zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że jeden dzień na obejrzenie tego miasta to zdecydowanie za mało.
Po czterodniowym spływie Szlakiem Michała Kajki i noclegu na Ekomarinie w Piszu, oddałyśmy Badylka do poleconego nam warsztatu mechanicznego (odpalił bez problemu). Tym samym rozwiązał nam się problem znalezienia parkingu na kilka dni spływu Pisą. Póki co postanowiłyśmy nie zawracać sobie głowy kwestią samochodu. Zapakowałyśmy Bajdarkę i wyruszyłyśmy na Pisę z jeziora Roś.
Dzień rozpoczął się pochmurnym, aczkolwiek pięknym porankiem. Przywitał nas nieziemski widok na zjawiskowe Jezioro Szkoderskie.
Ostatni jesienny weekend to szansa na realizację planu, o którym myślimy już od jakiegoś czasu. Chciałybyśmy wreszcie zobaczyć i sfotografować wschód słońca w górach.
Zapowiadają na weekend słoneczną pogodę więc pakujemy w czwartek manele i w pt. zaraz po pracy jedziemy w góry. Do końca jednak nie wiemy gdzie. Decyzja rodzi się dopiero tuż przed wyjazdem.
"Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady" to hasło dość mocno już oklepane ale ciągle posiadające moc sprawczą - przynajmniej dla mnie. Są zerwaniem z rutyną dnia codziennego, odcięciem się od wszystkiego co wnerwiające i przyziemne, resetem absolutnym.
Jedziemy na weekend do Załęcza Wielkiego odwiedzić znajomego, który jest wychowawcą na obozie językowym w "Nadwarciańskim Grodzie". Weekend ma być aktywny więc planujemy popływać kajakiem i pojeździć rowerami w obrębie Wielkiego Łuku Warty.
Ze względu na nieplanowany dłuższy pobyt w Lądku Zdrój (link) do miejscowości Dolni Morava dojeżdżamy bardzo późno.
Zbliża się weekend majowy, a więc również czas batalionów. Planujemy ponownie poobserwować ten niezwykły spektakl na biebrzańskich rozlewiskach.
Jedziemy na rykowisko, połączone z obserwacją ptaków. Planujemy spać w samochodzie więc bierzemy ze sobą materace, śpiwory, ciepłe ciuchy i w drogę.
















