Ruprechticki Spicak w Górach Suchych już kiedyś dał nam się we znaki, kiedy to zimą miałyśmy do niego zaledwie kilkaset metrów, a mimo to musiałyśmy zrezygnować i wrócić (link do posta). Kiedy chciałyśmy zrobić drugie podejście, covid19 pokrzyżował plany. Ale jak to się mówi - do trzech razy sztuka, więc umówiłyśmy się z koleżankami na wspólne zdejmowanie spicakowej klątwy.
Tysiąc pomysłów na spędzenie długiego weekendu w kajaku i brak zdecydowania do ostatniej chwili - to całe my. Wtorkowy wieczór zaowocował wreszcie jednomyślnością - jedziemy na Piławę.
Podczas tegorocznego pobytu na lagunie weneckiej (link) nasz namiot zaczął przeciekać. Po bliższych oględzinach okazało się, że taśmy przy części szwów poodklejały się, zamki zaczęły puszczać a podłoga jest poprzecierana i z lekka zaczyna świecić dziurami.
Nie planowałyśmy w tym roku uczestniczyć w weneckim święcie wioślarzy - Vogalondze, jednak po krótkich namowach znajomych, organizujących tegoroczny wyjazd (linki do poprzednich postów: Wenecja kajakiem 2016, Wenecja kajakiem 2017) , decydujemy się do nich dołączyć.
Namiot został okazyjnie kupiony w 2007 r. jako prawie nowy przy okazji kompletowania sprzętu na rowerową wyprawę po Bornholmie. Chodziło o to, żeby był lekki, kompaktowy, łatwy w obsłudze no i oczywiście tani.
"Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady" to hasło dość mocno już oklepane ale ciągle posiadające moc sprawczą - przynajmniej dla mnie. Są zerwaniem z rutyną dnia codziennego, odcięciem się od wszystkiego co wnerwiające i przyziemne, resetem absolutnym.
Jedziemy na weekend do Załęcza Wielkiego odwiedzić znajomego, który jest wychowawcą na obozie językowym w "Nadwarciańskim Grodzie". Weekend ma być aktywny więc planujemy popływać kajakiem i pojeździć rowerami w obrębie Wielkiego Łuku Warty.
Niespodziewanie nadszedł czerwiec i czas urlopu. Jak zwykle nie mamy nic zaplanowane, chociaż wiemy, że chcemy spędzić urlop w kajaku. Początkowy pomysł spływu Narwią odpada ze względu na zbyt małą ilość czasu. Poza tym chcemy jakiegoś urozmaicenia.











