Wszystkie przewodniki informują, że zwiedzanie Gibraltaru najlepiej zacząć od pozostawienia samochodu na parkingu przed przejściem granicznym. Chodzi o ciasnotę i brak miejsc do parkowania w samym Gibraltarze. Miałyśmy zamiar też tak zrobić ale po namyśle postanowiłyśmy jednak wjechać Badylkiem na terytorium brytyjskie.
Jadąc z Setenil de la Bodegas mijałyśmy na trasie sporo białych miasteczek ale zatrzymałyśmy się dopiero w Olverze. Nie była co prawda w planach ale widok twierdzy górującej na skałach i miasteczka u jej stóp spowodował, że spontanicznie tam wjechałyśmy.
Andaluzja, a zwłaszcza prowincja Kadyks i Malaga słyną z tzw. pueblos blancos, czyli białych miasteczek usytuowanych na wzniesieniach i będących pozostałością panowania Maurów. Pierwszym na naszej trasie była odwiedzona dnia poprzedniego słynna Ronda. Niedaleko niej, na terenie gór Sierra de Grazalema i Parku Narodowego Andaluzji leży niesamowite miasteczko Setenil de las Bodegas.
Po wizycie w niesamowitym Cabo de Gata postanowiłyśmy zahaczyć Badylkiem o Pustynię Tabernas. Cieszyłyśmy się bardzo na myśl o zwiedzeniu kawałka Dzikiego Zachodu w Europie, bo krajobraz jest na pustyni prawdziwie westernowy - wszędzie gołe skały i pustkowia.
Niewiele osób jest w stanie sobie wyobrazić, że w XXI wieku niektórzy ludzie w Europie wciąż jeszcze mieszkają w jaskiniach. A jednak! Kilka tysięcy osób w Hiszpanii żyje właśnie w taki sposób. Domy w skale (hiszp. casas cuevas) odnajdziemy w różnych regionach kraju, jednak ich największe zbiorowisko znajduję się w miasteczku Guadix w Andaluzji.
Z Cartoixy pięknymi górskimi drogami zaczęłyśmy przemieszczać się w kierunku rzeki Ebro. Pomału zmierzałyśmy do Walencji - pierwotnego celu naszej podróży.
Po Caminito del Rey udałyśmy się na szlak pueblos blancos, czyli białych miasteczek malowniczo rozsianych w okolicznych górach.
Pomimo zmęczenia nocnymi przygodami w oliwnym gaju (link), zerwałyśmy się bardzo wcześnie żeby zdążyć na pierwsze wejścia do słynnego wąwozu Caminito del Rey.
Spieszyłyśmy się do Alhambry ale przed nami rozciągały się majestatyczne góry Sierra Nevada i chciałyśmy chociaż odrobinę je liznąć. Dlatego też nie wróciłyśmy do głównej drogi tylko pojechałyśmy podrzędnią trasą, zahaczającą o Sierrę.
Po zregenerowaniu sił i dolce far niente (słodkim nicnierobieniu) na plaży Sombrerico, zerwałyśmy się rano gotowe do dalszej podróży. Szybkie śniadanie, szybkie pakowanie i ruszamy do jednego z punktów dzisiejszego dnia – Cabo de Gata w Almerii.
Poranek powitał nas piękną pogodą. Nocowałyśmy pod wieżą Torre del Pirulico więc oczywiście rano wdrapałyśmy się na nią pooglądać widoki. Śniadanie postanowiłyśmy zjeść na plaży, do której wczoraj nie dotarłyśmy.
Z wielkim żalem żegnałyśmy się z Albuferą i domem Veroniki. Jak zwykle zabrakło czasu na to żeby spokojnie pozwiedzać, pooglądać i po prostu nacieszyć się miejscem. Wzywały nas już kolejne atrakcje na trasie, m.in. różowa laguna w Torrevieja.
Zanim ruszyłyśmy do Albufery pojeździłyśmy jeszcze trochę po rozległych polderach pięknej Delty Ebro w poszukiwaniu flamingów.
Po przyjemnej nocy nad zalewem w Siuranie ruszyłyśmy Badylkiem w dalszą trasę. Kierowałyśmy się do leżącej niedaleko Cartoixy, ale po drodze postanowiłyśmy zatrzymać się w urokliwym kamiennym miasteczku - El Morera de Montsant.
Barcelonę opuściłyśmy najwcześniej jak się dało i pokierowałyśmy się wybrzeżem w stronę Tarragony, a stamtąd na Cornudella de Montsant. Następnie niekończącymi się serpentynami wspięłyśmy się Badylkiem wprost na samą górę, do bajkowej Siurany.
Barcelonę bardzo chciałyśmy zobaczyć ale zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że jeden dzień na obejrzenie tego miasta to zdecydowanie za mało.
Wakacje 2020 to był covidowy rollercoster. Robiłyśmy jakieś tam plany ale do końca nie wiedziałyśmy czy wyjazd w ogóle wypali.
















