Wyskoczyłyśmy na jednodniowy, niedzielny wypad do Kotliny Kłodzkiej. Na więcej nie miałyśmy czasu ale i tak byłyśmy bardzo zadowolone z weekendu. Postanowiłyśmy też nie brać aparatu by było na lekko, a zdjęcia robiłyśmy tym razem tylko komórką.
Pierwszy wyjazd w tym roku został zadedykowany górom i zimie. Mieszkając w Wielkopolsce jesteśmy zawsze poszkodowane brakiem śniegu, musimy więc sobie od czasu do czasu to rekompensować krótkimi wyjazdami.
Wahałyśmy się długo pomiędzy spędzeniem długiego weekendu październikowego w Beskidzie Niskim a Żywieckim. Ten ostatni wygrał ze względu na bliższy dojazd. Szkoda nam było marnować krótkie jesienne dni na pokonywanie kilometrów.
Ostatni słoneczny i w miarę ciepły tegoroczny długi weekend postanowiłyśmy wykorzystać na wizytę w kompletnie nieznanych nam Górach Opawskich.
Umówiłyśmy się na majowy weekend ze znajomymi z Warszawy na objazdówkę dolnośląskich urbeksów. W dalszych planach miałyśmy Kłodzką Górę i Ruprechticky Spicak.
Z powodu natłoku rozmaitych spraw udało nam się wykroić tej jesieni tylko jeden weekend na wyjazd w góry. Właściwszym określeniem pory roku byłoby jednak babie lato bo temperatury oscylowały powyżej 20 stopni, pomimo że noce zrobiły się już zimne.
Wiwat długie weekendy! Pomimo tego, że generują przeogromne tłumy turystów we wszystkich możliwych miejscach to jednak tylko dzięki nim można wykroić trochę więcej czasu i skoczyć w jakieś ciekawe zakątki. Tak też zrobiłyśmy tym razem.
Kolejna jednodniówka w pobliskich górach, tym razem Sowich. Bo ciągle brakuje nam białego puchu i ciągle mało nam bajkowych krajobrazów i ruchu też oczywiście.
Chociaż nie imponuje rozmiarami to jest naprawdę magiczna. Zaprząta uwagę, fascynuje i emocjonuje zarówno badaczy, jak i zwykłych turystów.
Jesień przyszła nagle. Dosłownie z dnia na dzień. Trochę nas rozpuściła, dając tyle gorących dni. Ale że równowaga w przyrodzie być musi to i na słotę czas przyszedł. Ziąb i deszcz dobitnie oznajmiły nam, że lato tej jesieni definitywnie skończyło się. Tym bardziej ucieszyła nas zapowiedź słonecznego (być może ostatniego już tej jesieni) weekendu.
Od dawna już miałyśmy w planach zwiedzić te piękne, dość blisko położone tereny, jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tym razem jednak uparłyśmy się, że choćby nie wiadomo co, jedziemy w Rudawy Janowickie.
Koleżanki zaproponowały nam wspólny wypad do Międzygórza, znanego nam z wyjazdu sprzed lat. Zatrzymałyśmy się w Ośrodku "SABAT" - dawnym dworku myśliwskim Księżnej Marianny Orańskiej, postaci bardzo nietuzinkowej i kontrowersyjnej, ale o tym potem.
Tydzień temu bardzo spodobało nam się w Górach Sowich (link), dlatego jedziemy raz jeszcze w te okolice. Tym razem planujemy zeksplorować pobliskie Góry Kamienne i Wałbrzyskie. To może już ostatni moment na trekking w zimowym krajobrazie.
To miał być plener fotograficzny w Rudawach Janowickich ale wszystko od samego początku szło inaczej niż w planach...
"Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady" to hasło dość mocno już oklepane ale ciągle posiadające moc sprawczą - przynajmniej dla mnie. Są zerwaniem z rutyną dnia codziennego, odcięciem się od wszystkiego co wnerwiające i przyziemne, resetem absolutnym.
Ze względu na nieplanowany dłuższy pobyt w Lądku Zdrój (link) do miejscowości Dolni Morava dojeżdżamy bardzo późno.



















