Bajkowa Kraina

stycznia 16, 2019


Co zrobić ze sobą, gdy w mieście plucha i prognoza całodziennego deszczu? Do tego nosi cię i tęsknisz za białym puchem? Nic bardziej prostego, 2 godz. jazdy samochodem i znajdujesz się w zupełnie innej krainie. I to jakiej?! Prawdziwie bajkowej!
Ta bajkowa kraina mieści się w Górach Kamiennych, a dokładniej w pierwszej ich części od wschodu, czyli Górach Suchych. W zeszłym roku byłyśmy tu po raz pierwszy (link do posta) a teraz nadarzyła się okazja by wrócić na fajny trekking z grupką znajomych. Wyjeżdżając z Leszna w strugach deszczu i przemierzając dalszą trasę w tychże samych strugach, jedyną nadzieją na śnieg, która szczątkowo tli nam się w głowach są słowa koleżanki, że podobno na przełęczy napadało 1,5m śniegu. Jednak wszechobecny deszcz i brak jakichkolwiek oznak śniegu do samego Wałbrzycha dobrze nie wróżą. 
Kiedy dojeżdżamy do Sokołowska nie możemy uwierzyć, że jest tu tak biało! Zasypane ulice, zasypane samochody i domy. Jakbyśmy przeniosły się nagle w jakąś inną, równoległą rzeczywistość. I pomyśleć, że o mały włos zrezygnowałyśmy z wyjazdu ze względu na odwilż. 




Czekając na resztę ekipy robimy szybki obchód Sokołowska. To malownicze miasteczko swoją nazwę zawdzięcza profesorowi Uniwersytetu Warszawskiego Alfredowi Sokołowskiemu, który przyczynił się tu do rozwoju uzdrowiska, prowadząc na przełomie XIX i XX w. badania nad leczeniem chorób płucnych. Dzięki niemu we wsi zostało uruchomione pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików. Na jego wzór został stworzony ośrodek leczenia gruźlicy w szwajcarskim Davos.

  


Z ciekawostek należy wspomnieć, że w uzdrowiskowym Sokołowsku z powodu choroby ojca wychowywał się jeden z najwybitniejszych reżyserów w Polsce. Rodzina Krzysztofa Kieślowskiego mieszkała naprzeciwko Kinoteatru Zdrowie, do którego kilkunastoletni wówczas reżyser, z braku pieniędzy na bilety, zakradał się, aby przez dziurę w dachu podglądać filmowe projekcje. Kamienica, w której mieszkali, stoi do dziś, a Kinoteatr Zdrowie odzyskał dawny blask i odbywają się w nim ciekawe festiwale filmowe.



Kiedy wreszcie dobija do nas reszta ekipy zgodnie ustalamy trasę trekkingu i ruszamy. Ze względu na nieprzetarty czerwony szlak wybieramy niebieski w kierunku Andrzejówki. Prowadzi do niego odcinek szlaku czarnego, na którym mijamy małą prawosławną cerkiew, a następnie odbijamy w lewo na szlak niebieski.



Niebieski szlak stopniowo pnie się cały czas pod górę, pokonując w małym odcinku czasu 300 m przewyższenia, aż do Włostowej. Na samym początku mijamy ruiny Zameczku Friedensburg, który był jedną z romantycznych budowli, jakie powstały z końcem XIX wieku w Sokołowsku. Było to coś w rodzaju świątyni dumania i służyło również za schron dla kuracjuszy podczas spacerów.


 
  
Dalsze podejście na Włostową daje wszystkim trochę w kość. Okazuje się, że szlakiem szły przed nami co najwyżej 1-2 osoby. Zapadamy się w śniegu, chwilami nawet po pas. Jest stromo i ślisko. To już ten moment kiedy trzeba założyć raczki. Nie sądziłyśmy, że się przydadzą, a jednak. Krajobraz jaki tu znajdujemy mimo wszystko wart jest każdego wysiłku. Śnieg polukrował i pudrem obsypał wszystkie drzewa. Świat wygląda tu rozbrajająco. 


 



Są też na trasie odcinki kiedy padamy na kolana. Bynajmniej nie ze zmęczenia, a dlatego że śnieg, który napadał zmniejszył prześwit między drzewami i musimy się czołgać pod nimi. 




Kiedy docieramy na szczyt Włostowa (903m) wchodzimy w gęstą chmurę, dzięki której krajobraz zmienia się na tajemniczy i mroczny. Widoczność jest minimalna.




Z Włostowej mamy chwilę wytchnienia bo tym razem schodzimy minimalnie w dół. Gdyby nie osoby, które szły przed nami z pewnością zgubiłybyśmy drogę. Nawet oznaczenia szlaków na drzewach są ledwo widoczne.



Dalej trasa znów się podnosi i wchodzimy na Kostrzynę (906m) a z niej znów wędrujemy w dół, po czym ostro i stromo pod górę na Suchawę.

 

Przeklęta, niepozorna Suchawa (928m) daje całej grupie w kość. Świeżo nawiany, głęboki śnieg bardzo utrudnia marsz. Każdy krok jest powolny i wyważony by minimalizować upadki. Niektórzy jednak upadają.



Dwie koleżanki docierają na szczyt bardzo przemarznięte i przemoknięte. Nie sądziły, że zimą panują tu takie warunki i ubrały się nieadekwatnie do zastanej pogody. Po zdjęciach grupowych ruszamy szybko w dół, prosto do Andrzejówki, gdzie można trochę się ogrzać i posilić się gorącymi oscypkami z żurawiną (zakupionymi na straganach, gdyż w schronisku tłumy i kilometrowa kolejka do bufetu).

 


Z Andrzejówki zielonym szlakiem wracamy prosto do Sokołowska. Trasa spacerowa, szeroka, wydeptana,  płaska, w sam raz na sanki czy biegówki. Tym szlakiem spaceruje sporo turystów, nie to co niebieskim, na którym spotkałyśmy aż 1 osobę. Pani opowiedziała nam, że na tej trasie odbywa się co roku pieszy maraton "Sudecka Żyleta". W tym roku maraton odbędzie się 16-17 lutego. Może warto się tym zainteresować.
 


Przy końcu szklaku podziwiamy fajne, zamarznięte jeziorko i docieramy do pierwszych zabudowań Sokołowska.

 
  

Następnie w strugach deszczu przemieszczamy się do Szczawna Zdrój na obiadokolację, gdzie przy piwku zachwycamy się intensywnym, pełnym wrażeń, baśniowym dniem. Oby więcej takich nieoczekiwanych wypadów z przygodami!

Sokołowsko, 13.01.2019

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram