Zimowe Tatry

lutego 04, 2018

Czerwone Wierchy

Pewnego grudniowego popołudnia natknęłyśmy się na ofertę wyjazdu weekendowego w Tatry. Ponieważ nigdy nie chodziłyśmy po Tatrach, zwłaszcza zimą, postanowiłyśmy z niej skorzystać  i wziąć udział w zimowym obozie wędrownym.
Jedziemy w czwartek do Kościeliska i po południu kwaterujemy się w zarezerwowanym pensjonacie. Okazuje się, że z okna mamy widok na Giewont. Już jest pięknie.



Do wieczornej zbiórki obozowej jeszcze trochę czasu więc idziemy na góralską kwaśnicę i obchód okolicy. 



Wieczorem zapoznajemy się  z pozostałymi uczestnikami obozu i z przewodnikiem, który rozdaje nam sprzęt i przedstawia program. Każdy z nas otrzymuje raki, czekan i lawinowe ABC - czyli detektor, łopatę i sondę. Sprzęt ten mamy ze sobą nosić każdego dnia. 


W piątek zbiórka o 6:00. Jedziemy do Kuźnic, a stamtąd maszerujemy w kierunku Polany Kondratowej. W Schronisku na Polanie zatrzymujemy się na herbacie a następnie udajemy się w miejsce, gdzie ćwiczymy różne warianty hamowania czekanem. 
  



 

Podczas treningu z czekanami śmiechu i zabawy jest co nie miara. Spadamy w dół stoku wielokrotnie w przeróżnych śmiesznych pozach. 



  fot. M. Grefkowicz

  fot. M. Grefkowicz



Kiedy już wszyscy idealnie hamują możemy zrobić przerwę i udać się na obiad do schroniska. 


Po obiedzie ciąg dalszy szkolenia. Tym razem ćwiczymy z detektorami lawinowymi różne techniki znajdowania zasypanych w lawinie. Chowamy w śniegu detektory po czym znajdujemy je za pomocą innych detektorów. Ćwiczenia wymagają skupienia i dokładności. To bardzo ważne w przypadku ratowania ludzkiego życia. Miejmy nadzieję, że nigdy nie będzie trzeba wprowadzać w życie tych umiejętności. 


Przewodnik uczy nas także techniki szukania zasypanych ludzi za pomocą nakłuwania sondami i uświadamia nam jak ciężko znaleźć kogoś, kto nie posiada detektora. 

  fot. M. Grefkowicz

Po męczącym ale owocnym dniu wracamy do Kuźnic, a stamtąd samochodami na kwaterę. W drodze powrotnej obserwujemy przepiękny zachód słońca. Niestety tylko przez szybę samochodu.





Następnego dnia mamy pobudkę jeszcze wcześniej bo o 5 wyruszamy już na szlak. Startujemy z Doliny Kościeliskiej. Jest jeszcze całkowicie ciemno więc maszerujemy z czołówkami. Skręcamy na czerwony szlak i podchodzimy Polaną Upłaz do wypiętrzenia skalnego, zwanego Piecem. Za nami na horyzoncie wyłania się z chmur Babia Góra. 




Przy Piecu robimy chwilę przerwy. Jemy coś na szybko, robimy parę zdjęć bo właśnie zaczyna się wschód słońca. Blisko widać z boku Giewont. Tutaj musimy już założyć raki bo zaczyna się trudniejsze podejście. 




Mozolnie pniemy się szeregiem w górę. Jest coraz jaśniej i coraz ciekawsze widoki. Przed nami zaczyna się rozpościerać panorama Tatr. Niedaleko nas przebiega lis ale nie wygląda na przestraszonego. To pewnie kolejny zwierzak oswojony i dokarmiany przez turystów. Zauważamy też lecący nad Tatrami balon na ogrzane powietrze. Cóż to musi być za cudowny lot.







W końcu docieramy do Chudej Przełączki skąd rozpoczynamy podejście na Ciemniak. Z każdej strony wznoszą się ośnieżone szczyty. Krajobraz jest niesamowicie bajkowy. Przewodnik jednak strasznie nas pogania i nie mamy chwili by zatrzymać się i podziwiać na spokojnie te wspaniałe krajobrazy. Niestety wycieczki zorganizowane mają ten minus, że program jest realizowany z założeniem konkretnych godzin wyjść i powrotów. Wleczemy się trochę w tyle żeby jak najdłużej cieszyć się widokami. 







Podchodzimy kolejno na cztery szczyty Czerwonych Wierchów, czyli Ciemniak, Krzesanicę, Małołączniak i Kopę Kondracką. Warunki mamy idealne. Dzień jest słoneczny a na szczycie nie ma nawet podmuchu wiatru. Idziemy w cieniutkich bluzach bez czapki i bez rękawiczek. Przewodnik pokazuje nam po kolei górskie szczyty i wymienia ich nazwy. My staramy się raczej nasycić oczy niesamowitymi widokami. 



 






Całe przejście Czerwonych Wierchów w tym zimowym, księżycowym krajobrazie jest niezapomnianym przeżyciem. Dopiero teraz uświadamiamy sobie tak naprawdę przewagę Tatr nad innymi polskimi górami. Tatry są po prostu majestatyczne i dla takich widoków zdecydowanie warto zrywać się w nocy i robić parogodzinne, męczące podejścia. 


 


W miejscach zagrożonych lawiną idziemy w odstępach 10-15 m by temu zapobiec.

 

   

 

Na Kopie Kondrackiej pogoda zaczyna się wyraźnie psuć. Nachodzą chmury. Na szczęście czeka nas już tylko zejście do Doliny Kondratowej. Schodzimy w gęstej chmurze. Śnieg jest zbity i twardy przez co wydeptana ścieżka jest bardzo śliska. Asekurujemy się czekanami, chociaż wątpię żeby nam wiele pomogły przy upadku. Na pewno niezbędne i totalnie obowiązkowe są raki, bez których dzisiejsza wycieczka nie miałaby żadnych szans powodzenia. 





 

 

Doliną Kondratową docieramy do znanego nam już malutkiego schroniska na Hali Kondratowej. Rzucamy się na gorącą herbatę i izotoniki. Zabrałyśmy ze sobą zdecydowanie za mało napojów więc jesteśmy lekko odwodnione. Uzupełniamy płyny, posilamy się resztkami jedzenia i ruszamy dalej do Kuźnic. Szlak jest nam znany z dnia wczorajszego więc sprawnie maszerujemy aż do parkingu. Stąd musimy dostać się do samochodów pozostawionych w Dolinie Kościeliskiej. Na szczęście ilość busów i taksówek w Zakopanem jest powalająca. Dodatkowo okazuje się, że w ten weekend odbywają się na Wielkiej Krokwi mistrzostwa w skokach narciarskich i do Zakopanego zjechały tłumy ludzi z całej Polski. W związku z tym jedziemy na obiad do karczmy na obrzeżach miasta. Jednak i tam jest tłoczno. Na szczęście znajdujemy stolik i możemy w końcu odpocząć po tym dniu pełnym wrażeń. W karczmie przygrywa kapela góralska. Okazuje się, że Sochan - jeden z uczestników obozu jest muzykiem i gra na skrzypcach. Namawiamy go oczywiście na mały koncert, górale z kapeli również go zachęcają. Nie daje się długo prosić i daje nam piękny popis swojego talentu. Wszyscy bijemy mu brawo. Idealne zakończenie dnia!



Sobotnia wycieczka zredukowała naszą grupę o dwie osoby. Jeden chłopak ze względu na duży wysiłek zrezygnował z dalszej części obozu i wrócił do domu, drugi natomiast całą noc bardzo źle się czuł i też musiał zrezygnować.
Ostatni dzień obozu również zaczynamy wczesną pobudką i zbiórką o 5 rano. Samochody zostawiamy w bocznej uliczce w Zakopanem i podjeżdżamy busem do Kuźnic, skąd ruszamy niebieskim szlakiem w stronę Hali Gąsienicowej. Przez chwilę obserwujemy różowy wschód słońca. 




Mijamy przełęcz między kopami i otwiera się przed nami widok na Orlą Perć. Przewodnik wymienia po kolei szczyty ale my jak zwykle słuchamy tylko jednym uchem i staramy się wykorzystać chwilę przerwy na zrobienie jakichś zdjęć.




W międzyczasie plan wycieczki ulega modyfikacji. Pod naciskiem grupy przewodnik decyduje się zmniejszyć tempo i zrobić spokojne wejście na Kasprowy Wierch. W związku z tym możemy zjeść śniadanie w Murowańcu i napić się kawy. Schronisko to jest bardzo klimatyczne a zestawy śniadaniowe smaczne i niedrogie. 






Robimy pamiątkowe zdjęcie przed schroniskiem, zakładamy raki i idziemy wzdłuż wyciągu narciarskiego na Kasprowy Wierch. Dzisiejsza aura nie jest już taka łaskawa. Zrywa się silny wiatr. Im wyżej idziemy tym silniej wieje. 

 





Na samej górze trzeba już założyć na siebie wszystkie warstwy termiczne bo przewiewa nas na wskroś. Idziemy na pobliski szczyt Beskid. 


 






 

Po zejściu z Beskidu mamy problem z dojściem do Kasprowego bo wiatr właśnie zamienił się w wichurę i wieje teraz z siłą 80 km/h, smagając nas ostro po twarzach kryształkami lodu. Stoimy małą grupką zaparci z całych sił by stawiać opór wichurze. Niektórzy z nas nie mają pojęcia jak się zachować w takiej sytuacji i boją się ruszyć, kucają by wiatr ich nie spychał. Przewodnik sobie poszedł, zostawiając nas samym sobie. Jednak w chwilach, kiedy słabiej dmucha ruszamy dalej i schodzimy do mniej wietrznego miejsca. 




Jeszcze tylko wejście na szczyt Kasprowego i chronimy się w budynku kolejki. 

 







Decydujemy się na zjazd kolejką, który też stanowi dla nas pewnego rodzaju atrakcję. Kolejka jest po generalnym remoncie i w niczym nie przypomina starych, przedwojennych wagoników. Teraz kolejka jednorazowo zabiera 70 pasażerów na pokład i zjeżdża się bardzo szybko w pełnym luksusie. 




W Kuźnicach wracamy do samochodów i niestety na koniec dnia spotyka nas niemiła niespodzianka. Z polecenia przewodnika zostawiłyśmy auto przed posesją, gdzie wywieszono tabliczkę "zakaz parkowania". Twierdził, że mimo tabliczki spokojnie można tu parkować. Oczywiście nie ma tu żadnego znaku drogowego z zakazem, jednak pracownicy pobliskiej karczmy postanowili zrobić sobie zabawę i zastawili nasz samochód tak, że w żaden sposób nie można wyjechać. Staramy się ich ubłagać, żeby nas odblokowali ale nie chcą słuchać, są złośliwi. Nasz przewodnik w sytuacji gdy trzeba coś zadziałać nie wykazuje żadnej inicjatywy. Sami długo i bezskutecznie pertraktujemy z właścicielem karczmy, który dopiero po groźbie wezwania policji decyduje się odpuścić i w końcu możemy wracać na kwaterę.
Zdajemy sprzęt, żegnamy się i jedziemy do Zakopanego coś zjeść i pochodzić po Krupówkach. Cała grupa wraca już dzisiaj ale my zostajemy do jutra, żeby uniknąć weekendowych korków i trochę odpocząć.


W poniedziałek rano po śniadaniu pakujemy się i wracamy do domu. Po drodze zaopatrujemy się w lokalnym sklepiku w  Chochołowie w stos różnego rodzaju podhalańskich serków i jedziemy do Leszna.
Obóz zimowy okazał się strzałem w dziesiątkę. Dopisała pogoda i co najważniejsze uczestnicy okazali się bardzo fajnymi, ciekawymi ludźmi. Jedynym minusem była postać naszego młodego przewodnika, który po prostu jeszcze dużo musi się nauczyć o współpracy z ludźmi. Za to Tatry zachwyciły nas totalnie. Wrócimy tu jeszcze niejeden raz.

Kościelisko, 25-29.01.2018

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram