Stambuł tysiąca kolorów i smaków
marca 21, 2025Nasz wyjazd do Stambułu był owocem spontanicznej i niezbyt przemyślanej decyzji podczas kolacji ze znajomymi, suto zakrapianej winem. Ale takie spontany są najlepsze. Kupiliśmy bilety na samolot, znacznie później zarezerwowaliśmy hotel na bookingu i czekaliśmy na datę wylotu. Lot zabukowaliśmy z Berlina tureckimi liniami Turkish Airlines. Po trzygodzinnej podróży z Leszna dotarliśmy na jeden z parkingów blisko lotniska i dalej przetransportowano nas busem. Wszystko przebiegło sprawnie. Linie tureckiego przewoźnika różniły się znacznie od tanich lotów, mieliśmy więcej miejsca na nogi, oferowano nam też smaczny posiłek w trakcie 3-godzinnego lotu, a dodatkowo można było pooglądać filmy. Podróż minęła więc bardzo szybko. Booking dał nam w promocji darmowy transfer do hotelu, z czego chętnie skorzystaliśmy.
Internet w Stambule
Kupiliśmy wcześniej karty e-sim Holyfly i sprawdziły się w Turcji świetnie. Jest to bardzo prosty sposób na internet za granicą. Nielimitowany dostęp do internetu na 8 dni kosztował około 100 zł. Na maila dostaje się kod a na miejscu uruchamia kartę e-sim. Wszystko jest bardzo proste i od razu działa. Można też udostępniać innym internet, co prawda „tylko” 500 mb dziennie ale jest to bardzo fajna opcja.
Lotnisko w Stambule okazało się gigantyczne. Przejście od punktu przylotu do wyjścia zabrało nam 40 minut, pomimo ruchomych chodników. Nasz kierowca czekał na nas w umówionym miejscu i po kolejnej pół godzinie dotarliśmy do celu, czyli naszego hoteliku.
Naszym hotelem był Galata Dream Hotel. Jest to niewielki hotelik, którego największym atutem jest lokalizacja, w fajnej dzielnicy Pera. Poza tym pokoje były zdecydowanie ciasne ale czyste, codziennie sprzątane. No i niestety sporym mankamentem był hałas dobiegający z ruchliwej ulicy. Bez zatyczek raczej nie dałoby się wyspać.
Widok z hotelowego balkonu
Istiklal Caddesi
Po szybkim odświeżeniu ruszyliśmy od razu na miasto. Kilka minut od hotelu znajduje się wieża Galata, niestety akurat była w remoncie.
Pokręciliśmy się po klimatycznych uliczkach i doszliśmy do słynnej ulicy Istiklal, kiedyś znanej jako Rue Grande. Przejście tętniącą życiem ulicą jest obowiązkowe podczas wizyty w Stambule. Znajdują się tu dziesiątki sklepów, cukierni, restauracji i kafejek. Dodatkową atrakcję stanowi zabytkowy tramwaj jeżdżący aż do placu Taksim. W sumie cała ulica ma niecałe 1,5 km długości jednak jej przejście obfituje w tyle atrakcji, że pierwszego wieczoru nie byliśmy w stanie dojść do końca. Największą jednak atrakcją Stambułu jest jedzenie. W tej kwestii totalnie przepadłyśmy. Próbowałyśmy wszędzie wszystkiego, co wpadło nam w oko. Chciałyśmy chłonąć to miasto wszystkimi zmysłami.

Udało nam się dotrzeć do knajpeczki, gdzie stołował się Anthony Bourdain i bardzo ją polecał. Jego podobizny zdobią ściany tego niewielkiego baru. Niestety lokal miał być za chwilę zamykany a w menu nie było już podrobów w bułce, na które mieliśmy ochotę. Wzięliśmy więc klasyczny kebab, który był naprawdę pyszny a cena za danie okazała się niewygórowana.
Idąc sąsiednią ulicą natrafiliśmy na kolejną miejscówkę z polecajki – długo gotowane owcze głowy, których mięso trafiało do bułki, solidnie obłożone cebulą i natką pietruszki. Musieliśmy i tego spróbować, choć byliśmy najedzeni. Obsługa śmiała się z nas, że dołożyli nam owcze oczy do porcji, co na szczęście okazało się żartem. Danie było oczywiście wyśmienite.
Wróciliśmy na Istliklal. Rozliczne sklepy ze słodyczami i niesamowite cukiernie intensywnie nas wabiły więc postanowiliśmy się temu uczuciu nie opierać i wejść do jednej z kultowych cukierni z tradycjami (istniejącej od 1864 r.) - Hafiz Mustafa. Takie cukiernie najczęściej są wielopiętrowe. Na najniższej kondygnacji zawsze znajduje się sklep, w którym można kupić słodkości na wynos, natomiast wchodząc coraz wyżej mija się kolejne piętra gdzie można usiąść i delektować się kawą lub herbatą i zamówić słodkie conieco. Weszliśmy na najwyższy poziom, czyli taras i zamówiliśmy baklavę oraz pyszny deser trilece. Hafiz Mustafa to najwyższy poziom cukiernictwa i klasa sama w sobie. Wszystko było przepyszne.
Po tych słodkościach pokręciliśmy się jeszcze po okolicznych uliczkach i wróciliśmy do hotelu żeby z samego rana rozpocząć zwiedzanie.
Niestety podczas całego naszego pobytu w Stambule pogoda postanowiła wystawić nas na ciężką próbę. Niebo ciągle zasnuwały chmury, z których często padał deszcz. Temperatury oscylowały w okolicach 17 stopni, podczas gdy w Polsce były rekordowe upały po 30 stopni. Jednak nie zepsuło nam to przyjemności odkrywania miasta.
Rano poszliśmy pieszo do Mostu Galata. Z mostu widać charakterystyczne sylwetki wielkich meczetów w dzielnicy Sultanahmad. Na moście zwykle stoi mnóstwo wędkarzy, którzy próbują szczęścia w łowieniu. Na niższym poziomie znajdują się restauracje i bary. Po przejściu na drugą stronę poszliśmy w ramach śniadania na „balik ekmek”, czyli makrelę w bułce, sprzedawaną z łodzi. Pora była dla Turków raczej dość wczesna bo większość stoisk była zamknięta ale coś udało nam się namierzyć. Najedzeni rybą poszliśmy na pobliski bazar egipski, zwany też bazarem przypraw. Na pewno był to bazar słodyczy, którymi sprzedawcy częstowali na prawo i lewo. Przejście przez cały bazar oznaczało zjedzenie gigantycznej ilości lokum. Słodycze w Turcji są naprawdę przepyszne i można się łatwo zapomnieć.
Most Galata
Balik ekmek
Bazar Egipski
Żadna wizyta w Stambule nie jest kompletna bez odwiedzenia klimatycznego Bazaru Przypraw. Choć Wielki Bazar może być największym i najsłynniejszym krytym bazarem Stambułu, to właśnie ten targ przypraw wygrywa nagrodę za bycie najbardziej kolorowym, pachnącym i często najpyszniejszym – ponieważ odwiedzający mogą spróbować oferowanych towarów. Bazar zbudowany został w 1664 roku, jako część kompleksu Yeni Camii (Nowego Meczetu), znany jest w języku tureckim jako Mısır Çarşısı, co czasami tłumaczy się jako „Egipski Bazar” lub „Targ Kukurydzy” (mısır po turecku oznacza zarówno Egipt, jak i kukurydzę).
Prawie każda przyprawa, jaką sobie wyobrażasz, jest w ofercie, ułożona w żywe kopuły. Warto jest poszukać tych typowo tureckich przypraw i produktów, dzięki czemu można będzie nadal cieszyć się tureckimi smakami po powrocie.
Sumak - bordowa przyprawa jest wytwarzana z jagód dzikiego krzewu Rhus Coriaria. Ma cytrynową cierpkość pochodzącą z kwasu jabłkowego w środku. Używa się jej w sosach sałatkowych zamiast cytryny lub miesza ze świeżo gotowanymi na parze warzywami z odrobiną oliwy z oliwek.
Pul biber - suszone płatki czerwonej papryki, podstawa tureckich dań. Występują w różnych stopniach ostrości, więc najlepiej spróbować przed zakupem i poszukać isot biber – wędzonej odmiany z Sanliurfa. Posypuje się nią gulasze lub grillowane mięso.
Sos z granatów/Kwaśny - wykonany z redukcji z granatu, ten gęsty, lepki syrop jest kolejnym niezbędnym składnikiem kuchni tureckiej. Używa się go zamiast octu balsamicznego, aby zaostrzyć sałatkę lub stworzyć marynatę lub glazurę do łososia lub drobiu.
Czarny kminek - nasiona czarnuszki, nazwa dosłownie oznacza „zioło bułki”. Warto posypać nim chleb, ciasta lub pikantne wypieki tuż przed pieczeniem.
Szafran - „turecki szafran” to wcale nie jest szafran, ale suszony krokosz, który ma mało koloru i smaku. Warto poszukać prawdziwego - cienkich nitek irańskiego szafranu.
Oprócz przypraw bazar pełen jest także herbat z pąków róż, jaśminu i owoców; tureckie przysmaki w każdym kolorze i smaku; ziołowe lekarstwa; suszone owoce, takie jak morele, figi, daktyle, a nawet truskawki i kiwi; baklawę nasączoną miodem i orzechami; mydła na bazie oliwy z oliwek; kawę po turecku i wiele wiele więcej.
Bazar Egipski
Woda w Stambule niestety nie nadaje się picia
Hagia Sophia
Na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowane główne atrakcje Stambułu, czyli Hagia Sophia i Błękitny Meczet. Hagia Sophia, pierwotnie Kościół Mądrości Bożej, jest totalnym must see w Stambule, nawet jeśli nie interesujemy się historią. Jest najważniejszym zabytkiem epoki Bizancjum i po prostu szkoda byłoby nie zwiedzić tego starożytnego kościoła cesarstwa. Zanim jednak dotarliśmy na miejsce zrobiło się późno i okazało się, że pomimo słabej pogody musimy stać w sporej kolejce do kasy a potem w kolejce do kontroli bezpieczeństwa przy wejściu do muzeum. W ogóle to trochę nas zirytowała cała historia związana z Hagią. Kiedyś to słynne miejsce funkcjonowało jako muzeum i pobierano niewielkie opłaty. Później przerobiono ją na meczet i wstęp był całkiem darmowy. Obecnie połączono muzeum z meczetem i nie dość, że bilety kosztują niebagatelne 25 euro od osoby to jeszcze nie można zwiedzać całości, ponieważ część meczetowa jest dostępna tylko dla muzułmanów i musieliśmy zadowolić się oglądaniem świątyni z poziomu galerii. Są tu co prawda umiejscowione zabytkowe mozaiki ale niestety nie ma się pełnego odbioru miejsca i podziwiania ogromu budynku. Posadzka zasłonięta jest dywanem, jak to w meczetach. Zostawiono tylko malutki kwadrat zabytkowych marmurów w miejscu gdzie odbywały się koronacje cesarzy. Poza tym na ścianach wiszą muzułmańskie symbole, zasłaniające symbole chrześcijańskie. Nie jest to dobra polityka, ponieważ przy ogromnej ilości meczetów w Stambule Hagia Sophia powinna pozostać neutralnym budynkiem, będącym świadectwem historii tego miasta. Szkoda, że nie jest w pełni udostępniona do zwiedzania. Dodatkowo część ekspozycji znajduje się w muzeum Hagia Sophia mieszczącym się przy hipodromie, czyli obecnym placu Sulatana Ahmeda. Wstęp jest płatny kolejne 20 euro i są to pieniądze całkowicie wyrzucone w błoto. Ekspozycja jest bardziej niż skromna, a zwiedzanie polega głównie na oglądaniu projekcji multimedialnej.
Błękitny Meczet - Blue Mosque
Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do Błękitnego Meczetu oraz zahaczyliśmy o pobliski bazar Arasta. Akurat zaczęło padać schroniliśmy się więc na kawę w restauracji. Pogoda niestety była w kratkę. Ubrani w kurtki deszczowe zwiedzaliśmy dalej. Co prawda w deszczowej aurze dziedziniec Błękitnego Meczetu prezentował się nawet ciekawiej niż w słońcu a przede wszystkim nie było na nim tłumu ludzi.
Uznaliśmy, że czas zjeść coś tureckiego i wstąpiliśmy do Tarihi Sultanahmet Köftecisi Selim Usta na solidne kebabci, czyli kotleciki jagnięce w towarzystwie ajranu. Wiadomo, że najprostsze jedzenie jest najlepsze.
Cysterna Bazyliki - Yerebatan Sarnici
Czekała na nas ostatnia atrakcja tego dnia – cysterna Bazyliki (Yerebatan Sarnici). Jest to wspaniały przykład starożytnej myśli architektonicznej planistów miasta. Ogromny rezerwuar wody służący mieszkańcom pałacu cesarza od VI wieku. Największa ze starożytnych cystern. Podobną udało nam się zwiedzić w Toskanii w ubiegłym roku ale oczywiście daleko jej było do gigantycznej budowli stambulskiej. Zamysłem budowniczych było uniezależnienie od przerwy w dostawach wody z akweduktu. Sama skala linii dostarczającej wodę do miasta jest olbrzymia. Początkowo akwedukt liczył 910 m jednak ze względu na ciągłe braki wody i rosnące zapotrzebowanie mieszkańców został wydłużony i ostatecznie osiągnął długość 551 km stając się największą tego typu budowlą antyczną. Zaopatrywał on oczywiście znacznie więcej zbiorników wodnych niż Yerebatan.
Zbiornik cysterny jest komnatą o wymiarach 143x65 m i jest zdolny pomieścić do 100 000 m3 wody. Badacze i odkrywcy późniejszego Stambułu przemieszczali się cysterną łodziami. W wodzie pływały kiedyś ryby, które mieszkańcy wyławiali. Od 1987 r. obiekt jest udostępniany dla zwiedzających. Pomiędzy kolumnami utworzono chodniki ułatwiające podziwianie całości. Są też poustawiane przeróżne artystyczne instalacje, rzeźby, pomniki, dodatkowo zdobione kolumny, wszystko po to aby uatrakcyjnić to niezwykłe miejsce. Nie mogliśmy się napatrzyć.
Sultan Ahmed Park
Po wyjściu z podziemi czekała na nas niespodzianka w postaci nieśmiało przebijającego się słońca. Wykorzystaliśmy to od razu i poszliśmy do Parku Sultana Ahmeda, umiejscowionego pomiędzy Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem. Poszliśmy też na taras widokowy restauracji Seven Hills, znanej z malowniczego widoku. Na szczęście nie trzeba stołować się w restauracji żeby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Jest specjalnie wyznaczone miejsce na tarasie, gdzie nie przeszkadzając gościom można strzelać fotki do woli.
Na najlepszą jagnięcinę w Stambule do Restauracji Ziyafet kuzu cevirme
Po intensywnym dniu zwiedzania nabraliśmy ochotę na wystawny obiad. Poszliśmy do restauracji anatolijskiej Ziyafet kuzu çevirme İstanbul, gdzie uraczono nas przepysznymi daniami: zupą jagnięcą, baraniną z rusztu oraz deserami. Kelner zrobił dla nas mały show z ciekłym azotem - cały stolik pokryła lawa pary.
Yeni Cami
Mocno objedzeni powlekliśmy się z powrotem w kierunku hotelu. Przed mostem Galata zajrzeliśmy do wielkiego meczetu - Yeni Cami na placu Eminonu. Akurat rozbrzmiewały wezwania do modlitwy.
Minęliśmy port rybacki i skierowaliśmy się na Most Galata, na którym życie toczy się 24h na dobę. Skusiliśmy się też na przystanek w jednym z lokali umiejscowionych w dolnej partii mostu. Serwowali tam drinki oraz sziszę. Siedzieliśmy do późna sącząc raki i paląc nargilę z widokiem na księżyc nad Złotym Rogiem. Mocno po północy wróciliśmy do hotelu i padliśmy zmęczeni do łóżek.
Pera Palace
Kolejnego dnia wstaliśmy już nieco później po wczorajszym intensywnym zwiedzaniu. Niedaleko naszego lokum znajduje się słynny hotel Pera Palace, odwiedzany swego czasu przez europejskich podróżników i turystów przyjeżdżających do Stambułu Orient Expressem. Lata świetności ma co prawda za sobą ale nadal można podziwiać z okien pokoi piękne widoki na miasto rozciągające się w dole. Okolica roi się zresztą od hoteli i można nazwać ją dość hipsterską. Po obejrzeniu hotelu i wypiciu kawy ponownie trafiliśmy na ulicę Istiklal, tym razem za dnia.
Pera Palace
Istiklal
Zwiedziliśmy Bazylikę Świętego Antoniego i skręciliśmy w boczną uliczkę kierując się do śniadaniarni z kuchnią anatolijską, polecaną przez użytkowników Google - Sa Va Anatolian Breakfast House.
Prawdziwe anatolijskie śniadanie w Stambule - Sa Va Anatolian Breakfast House
Pomimo mnóstwa ludzi udało nam się znaleźć stolik dla czterech osób i już po chwili delektowaliśmy się tureckimi smakami serwowanymi w małych miseczkach. Nie byliśmy do końca pewni co jemy bo nieraz ciężko było rozpoznać smaki. Czego tam nie było! Dostaliśmy świeżo upieczony płaski chleb, który maczaliśmy w rozlicznych pastach. Część z nich była na słodko, część na wytrawnie. Mieliśmy mnóstwo niespodzianek ale wszystko było naprawdę pyszne. Nie byliśmy w stanie tego przejeść chociaż się naprawdę staraliśmy.
Wróciliśmy na znaną nam już dość dobrze ulicę Istiklal i tym razem doszliśmy do jej końca (lub początku), czyli do słynnego Placu Taksim. Pierwotnie był on punktem poboru wody dla mieszkańców a obecnie jest miejscem ważnych wydarzeń. Pamiętne są zwłaszcza krwawo stłumione przez policję protesty z 2013 r. w odpowiedzi na gigantyczne korupcje rządu Erdogana. Na środku placu znajduje się pomnik Republiki. Jest tu też oczywiście wielki meczet oraz stacja metra a także przystanek zabytkowego tramwaju. Postanowiliśmy wrócić nim do początku (lub końca) ulicy Istiklal, w tym celu musieliśmy zakupić stambulskie karty transportu w cenie 70 lirów oraz nabić je określoną sumą pieniędzy. Wszystko to można bardzo prosto zrobić w którymś z automatów na przystankach. Zanim jednak wskoczyliśmy do tramwaju obeszliśmy cały plac. Zafundowałyśmy sobie też słynne tureckie gumowe lody. Jeśli ktoś nie wie na czym to polega to sprzedawcy lodów w Stambule robią pokaz, polegający na wielokrotnym wręczaniu loda, upuszczaniu go i chwytaniu w ostatniej chwili itd. Za taki show trzeba oczywiście zapłacić odpowiednio więcej.
Pogoda znów się zaczęła psuć poszliśmy więc do kafejki w parku na kawę po turecku. Po kawie wróciliśmy na przystanek tramwajowy i akurat mieliśmy szczęście bo nadjechał tramwaj. Okazało się, że jest sporo chętnych na przejażdżkę ale udało nam się wcisnąć do środka. Mijaliśmy więc za chwilę te same miejsca, ale z perspektywy pasażerów tramwaju. Dotarliśmy do ostatniego przystanku. Zrobiliśmy jeszcze małą wycieczkę stromymi uliczkami w dół żeby obejrzeć tzw. schody komando, znane z tego że są po prostu znane. Dlatego też są zwykle obklejone ludźmi i intensywnie fotografowane.
Port Galata
Zawędrowaliśmy też do portu Galata. Stoją tu olbrzymie statki wycieczkowe. Jeśli ktoś planuje odwiedzić Stambuł od strony wody to można z tego portu wygodnie dostać się do centrum. Przy brzegu umiejscowione są sklepy firmowe, restauracje i kawiarnie. Można więc też w ogóle nie ruszać się z portu bo wszystko jest na miejscu. W porcie zjadłyśmy pyszne gozleme.
Pod wieżą Galata skusiliśmy się na kolejną kawę, tym razem z tureckimi deserami. Potem czekała nas jeszcze mozolna wędrówka uliczkami pełnymi sklepików z pamiątkami, do których za każdym razem idąc tędy, zaglądaliśmy. Weszłyśmy też na kelle pace i popróbowałyśmy niezliczonej ilości lokum. Nazajutrz zamierzaliśmy wybrać się na azjatycką stronę Stambułu.
Kelle pace
Przeprawa promem na azjatycką stronę Stambułu
Wstaliśmy w miarę wcześnie i poszliśmy do portu Karakoy. Dopiero dziś mogliśmy zobaczyć jak wygląda dzień powszedni w naszej dzielnicy. Wszędzie były pootwierane sklepiki, głównie z narzędziami i sprzętem budowlanym. Zahaczyliśmy o pobliską piekarnię i kupiliśmy parę wypieków na wynos: simit, czyli turecki precel z sezamem, burek z serem i jakieś ciastka. Chcieliśmy to skonsumować na promie. Na przystani nie czekaliśmy długo i po niedługim czasie płynęliśmy w stronę kontynentu azjatyckiego. Prom był prawie pusty bo wszyscy byli już w pracy, jedynie tacy turyści jak my snuli się w poszukiwaniu wrażeń.
Kadikoy
Po wyjściu na ląd ruszyliśmy od razu główną ulicą dzielnicy Kadikoy. Doprowadziła nas do bazaru i rozlicznych sklepów. Tak to już jest w Turcji, że chcąc nie chcąc zawsze wyląduje się na bazarze. Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, pozwoliliśmy więc sobie błądzić po okolicznych uliczkach i placach. Trafiliśmy na fajną kafejkę i zarazem palarnię kawy, gdzie zrobiliśmy mały przystanek oraz zakupiliśmy na wynos pyszną kawę z kardamonem. Po chwili trafiliśmy na cukiernię, gdzie zaopatrzyliśmy się w słodycze na wynos. Stwierdziliśmy, że dieta w Turcji nie ma sensu.
Dzielnica Kadikoy jest bardzo kolorowa i bardzo różnorodna. Jest też bardziej swojsko niż po stronie europejskiej, ceny są zdecydowanie niższe i można zagłębić się w labirynt sklepików nie czując się turystą na celowniku nachalnych sprzedawców. Błądząc po dzielnicy w końcu porządnie zgłodnieliśmy i poszliśmy na pierwszy lepszy kebab, który oczywiście nie ma nic wspólnego z kebabem w Polsce. W Turcji na ruszty nadziewane są płaty prawdziwego mięsa i po upieczeniu smakują całkiem inaczej niż nasze gąbczaste pseudomięso.
Udało nam się trafić w jednym ze sklepików ze starociami na fajne, oryginalne pamiątki - metalową figurkę bażanta (która narobiła małego zamieszania na powrocie na lotnisku) oraz zabytkową filiżankę do herbaty z osłonką. Były to naprawdę udane zakupy.
Mieliśmy zaznaczony jeszcze jeden bazar, znany jako Tuesday Pazari (akurat był wtorek). Postanowiliśmy iść tam pieszo, chociaż był to spory kawałek. Niestety na miejscu okazało się, że to zwykły bazar dla mieszkańców, na którym można kupić mydło i powidło a głównie ciuchy. Nie za bardzo nas to interesowało i w sumie zmarnowaliśmy na to miejsce niepotrzebnie sporo czasu. Postanowiliśmy wrócić autobusem ale jak na złość nie przyjeżdżał. Wezwaliśmy więc ubera, który dowiózł nas z powrotem do Kadikoy.
Sirdan i Mumbar na obiad
Poszliśmy coś zjeść do knajpeczki, która akurat wpadła nam w oko. Mieli tu sporo tradycyjnych, aczkolwiek dla nas dziwnych potraw z podrobów. Oczywiście chcieliśmy wszystkiego spróbować z ciekawości. Zamówiliśmy więc zupę z jagnięcych podrobów a do tego dziwne dania Mumbar i Sirdan, które okazały się bardzo smaczne.
Sirdan wyglądał dziwnie, jakby coś upieczono, co wcześniej obcięto mężczyźnie. Ale nie należy się tego bać ponieważ potrawę przygotowuje się poprzez umycie trawieńca (dolnej części żołądka) owcy, a następnie nadziewanie go posiekanym mięsem, cebulą i papryką, a następnie doprawianie czarnym pieprzem, papryką i solą. Następnie dodaje się wodę, a otwartą jamę zszywa się igłą i nicią. Na koniec piecze się je z tłuszczem zwierzęcym w glinianym naczyniu.
Mumbar natomiast to faszerowane jelita. Głównymi składnikami są mielone mięso jagnięce, jelita jagnięce, ryż, koncentrat pomidorowy, cebula, ciecierzyca, sól, czarny pieprz, ziele angielskie i cynamon.
Mumbar
Sirdan
Pomału robiło się coraz później i uliczki zapełniały się amatorami alkoholu. Przysiedliśmy również na piwie w jednej z knajpeczek. Naprzeciwko odbywał się jakiś koncert na żywo. Niechętnie musieliśmy pomyśleć o powrocie bo nie byliśmy pewni do kiedy kursuje prom. Postanowiliśmy wracać i dobrze zrobiliśmy bo załapaliśmy się na ostatni chyba kurs, przynajmniej tego armatora. W Stambule kursują promy różnych firm i trochę ciężko się w tym rozeznać. Ten prom był jakby bardziej luksusowy niż ten poranny a rejs powrotny Bosforem umilał nam muzyk śpiewający przeboje Presleya, i innych znanych pieśniarzy. Pan miał bardzo ładny głos i słuchało się go przyjemnie.
Dobiliśmy do naszego portu w Karakoy ale jakoś nie chciało nam się jeszcze wracać więc usiedliśmy pod Mostem Galata na nargile i raki, podziwiając podświetlone nocą meczety z pozycji Złotego Rogu.
Nocny balik ekmek
Wracając do hotelu nabraliśmy ochoty na balik ekmek. Tym razem jednak było już trochę za późno i stragany już się pozwijały. Zagadnęliśmy chłopaka przy ostatnim czynnym stoisku i powiedział, że ma tylko jedną rybę ale jego brat ma jeszcze makrele i zaoferował, że zaprowadzi nas do niego. Poszliśmy więc za nim, tym bardziej, że droga i tak prowadziła w kierunku naszego hotelu. Po pewnym czasie dotarliśmy do ciemnego podwórka, gdzie stało kilku facetów. Od razu rozłożyli zwinięty już kram i zabrali się ochoczo za smażenie makreli. Przez cały czas żartowali i śmiali się z siebie nawzajem. Wyjęli świeże rybki, ktoś pobiegł po nowy żar do grilla i po chwili wszystko smacznie pachniało i skwierczało na ruszcie. Dostaliśmy balik ekmek w super świeżym wydaniu i na pewno w bardzo nietypowej scenerii. Chłopcy opowiadali, że są Kurdami i tak oto zarabiają na życie. Mieli dobrą smykałkę do interesów bo za ryby policzyli nam znacznie więcej niż kosztują one normalnie. Nie narzekaliśmy jednak bo jedzenie było pierwsza klasa. W pełni usatysfakcjonowani dotarliśmy do hotelu i ustaliliśmy, że na drugi dzień pośpimy dłużej i damy sobie odpocząć.
Święto pierwszomajowe w Stambule
Akurat dobrze się złożyło, bo z powodu pierwszomajowego święta zamknięto ulice przy naszym hotelu i nie dochodził do nas okropny hałas klaksonów i samochodów. Po wyjściu na balkon zobaczyłyśmy tabuny ludzi wędrujące pieszo zatłoczoną zwykle ulicą. Było to w sumie zabawne i na drugą stronę cieśniny przeszliśmy mostem, który zmienił się w ciąg pieszy.
Pamiątka zakupiona w starociach dnia poprzedniego
Kuveloğlu Han - pyszne pide
Poszliśmy na śniadanie do bardzo fajnej piekarni, mieszczącej się w starym, zabytkowym hanie. Zamówiliśmy turecką pizzę, czyli pide. Jest to cieniutkie ciasto pieczone w piecu opalanym drewnem. Na ciasto nałożony jest ser, mięso i sos pomidorowy. Całkiem jak na pizzy. Do tego obowiązkowo cay.
Ali Pasa Han
Meczet Sulejmana
Zamierzaliśmy dziś dotrzeć do dzielnicy Balat, po drodze zaliczając różne atrakcje. Na początek wspięliśmy się na wzgórze gdzie znajduje się ogromny meczet Sulejmana. Rozciągają się z niego widoki na miasto poniżej.

Pijalnia Bozy i serowa halva
Po zwiedzeniu meczetu poszliśmy do pobliskiej pijalni bozy, czyli napoju ze sfermentowanej pszenicy. Lokal szczyci się tym, że wpadał tu na szklaneczkę bozy słynny Ataturk (jest też nawet zdjęcie dokumentujące ten fakt). Bozę piłyśmy wcześniej w Bułgarii i nie posmakowała nam za bardzo. Tutejsza boza była jednak czymś zupełnie innym. Przepyszna, kwaskowa o gęstej konsystencji. Nie dziwota, że ma taką popularność. Trzeba po prostu posmakować właściwego produktu. Lokal jest chętnie odwiedzany przez turystów ale też nie było problemów ze znalezieniem miejsca w środku.
Po tym krótkim odpoczynku powędrowaliśmy dalej. Ciekawymi, klimatycznymi uliczkami przemieszczaliśmy się ślamazarnie w stronę Balatu. Trafiliśmy też na stoisko z peynir helvasi i oczywiście musieliśmy tego deseru spróbować. Jest to serowa halva i jest ona jedną z najsłynniejszych potraw kuchni regionu Çanakkale-Tekirdağ - dwóch sąsiadujących ze sobą miast położonych bardzo blisko Stambułu.
Akwedukt
Dotarliśmy też do słynnego akweduktu, który swego czasu dostarczał miastu wodę. Zachował się co prawda mały fragment ale można naocznie zobaczyć jak wielka i potężna była to inwestycja. Kilkupiętrowy obiekt obecnie można oglądać wygodnie z parku Fatih. Pod akweduktem prowadzi kilkupasmowa droga i jest tu spory ruch. Ze względu na pierwszomajowe święto główne ulice były pozamykane i szły nimi pochody. Niestety nie udało nam się na taki pochód trafić ale korzystaliśmy z braku samochodów na ulicach. Przeszliśmy pod akweduktem i zobaczyliśmy fajne kafejki. Postanowiliśmy oczywiście napić się kawy i zjeść jakiś turecki deser. Kawałek dalej trafiliśmy na lokalne, małe targowisko. Piętrzyły się tu stosy mięsa i podrobów, warzyw, owoców i serów, przypraw oraz innych różności. Turcja bazarami stoi.

Dzielnica Balat
Im bliżej Balatu i im głębiej zanurzaliśmy się w dzielnicę tym mniej turystów i więcej lokalnego kolorytu. Ta stara dzielnica żydowska obecnie zasiedlona jest głównie przez Kurdów anatolijskich. Większość kobiet chodzi tu w burkach, mężczyźni natomiast noszą charakterystyczne szerokie spodnie a na głowach czapeczki. Po niedługim czasie zgłodnieliśmy i wrzuciliśmy na ruszt typowego tureckiego kebaba, czyli coś naprawdę fajnego, świeżego, smacznego i niedrogiego.
Mieliśmy pozaznaczane różne charakterystyczne punkty w dzielnicy i wędrowaliśmy od jednego do drugiego, żeby uwiecznić je na zdjęciach, głównie były to klimatyczne kolorowe kamienice, schody i ciekawe budowle. Niestety okazało się, że nie mamy zbyt wiele czasu bo dzień się pomału kończył.
Zanim dotarliśmy do Złotego Rogu zrobiło się już całkiem ciemno. Ostatnią atrakcją dnia było przejście urokliwymi uliczkami, na których było sporo kafejek, restauracji i sklepów z pamiątkami. Postanowiliśmy wrócić promem, bo czuliśmy mocno w nogach dzisiejszy dzień. Przepłynęliśmy tylko jeden przystanek do portu Kasimpasa, czyli na drugi brzeg Złotego Rogu. Wciągnęliśmy jeszcze na koniec po kumpirze i po godz. 24tej wróciliśmy do naszego hoteliku.
Kumpir
Orient Express
Nazajutrz był już normalny dzień, czyli zakłady i sklepiki otworzyły się w pełnej gotowości. Zahaczyliśmy o znajomą piekarnię lokalsów i konsumując precle przeszliśmy mostem Galata na drugi brzeg.
W dzielnicy Sirkeci znajduje się dworzec kolejowy, słynny z tego, że stanowił ostatni przystanek Orient Ekspressu. Dworzec nadal pełni oczywiście funkcję dworca ale w jednym z pomieszczeń znajduje się minimuzeum pełne eksponatów, makiet i nawet kawałka wagonu zabytkowego tramwaju. W XIX w. Orient Express był czyś w rodzaju przepustki na Wschód. Podróż, która z Europy zajmowała mnóstwo czasu i wysiłku, nagle stała się dostępna i wygodna dla wszystkich (tych, których było na to oczywiście stać). Można było wsiąść do pociągu w Paryżu i bez przesiadek dotrzeć po 67 godzinach do Stambułu, a właściwie wówczas Konstantynopola. Sam budynek dworca jest nadal stary i zabytkowy, nigdy chyba nie został wyremontowany. Jest tu również stylowa restauracja z eksponatami i zdjęciami z epoki. Aby doprowadzić linię kolei do serca Stambułu sułtan musiał poświęcić część terenu przy pałacu Topkapi.
Po zwiedzeniu dworca udaliśmy się do pobliskiego Topkapi, jednak gigantyczna kolejka skutecznie zniechęciła nas do zwiedzania tego zabytku. Może innym razem.
Topkapi
Pod bramą Wielkiego Bazaru postanowiliśmy się rozdzielić. Znajomi nie mieli ochoty na zwiedzanie kolejnego bazaru a my chciałyśmy trochę pobuszować.
Na pierwszy rzut oka Wielki Bazar (Kapalıçarşı po turecku) może wydawać się niezorganizowanym chaosem. Ale gdy zaczniesz zaglądać trochę głębiej, znajdziesz metodę w tym szaleństwie. Wielki Bazar był kiedyś podzielony na sekcje, które specjalizowały się w rzemiośle od złota i srebra po skórę i dywany, a w tych sekcjach znajdowały się hany (karawanseraje lub zajazdy). Były to miejsca, w których wędrowni kupcy mogli odpocząć i robić interesy. Zazwyczaj były one tworzone wokół dziedzińca z fontanną pośrodku do mycia, kuchnią lub kawiarnią, a także warsztatami i sklepami. Wiele hanów Wielkiego Bazaru było poświęconych określonemu rzemiosłu, a niektóre z nich nadal pełnią swą pierwotną funkcję.
Hany - tajemnicze zakątki ukryte za Wielkim Bazarem
Bardziej niż sam bazar interesowały nas niesamowite labirynty uliczek wokół niego oraz porozrzucane i poukrywane pomiędzy uliczkami zabytkowe hany przerobione na sklepiki, kafejki, warsztaty rzemieślnicze a niektóre całkiem opustoszałe. Stambuł pełen jest takich tajemniczych miejsc. Jest ich tu po prostu zatrzęsienie, nie mogłyśmy więc odpuścić i łaziłyśmy po nich ile wlezie. Czasami schodziłyśmy w dół ciemnych holi, na puste dziedzińce lub wspinałyśmy się po rozpadających się schodach.
W biegu przekąsiłyśmy fajny streedfood - kokorec, czyli podroby jagnięce upieczone na grillu, tłuste i zawinięte w miękką bułkę. Pycha.
Zincirli Han
Zincirli Han jest jednym z karawanserajów, które prawdopodobnie handlowały łańcuchami (zincir oznacza łańcuch). To prawdziwie autentyczny, działający element żywej historii, który nie zmienił się od wieków. Rozłożony na dwóch piętrach, ze sklepami na parterze i warsztatami na drugiej kondygnacji. Dziedziniec z marmurową fontanną i drzewami, jest bardzo fotogeniczny, podobnie jak różowo-pomarańczowe fasady. To bardzo przyjazne i kameralne miejsce. Nadal można zobaczyć tu rzemieślników wykonujących swój zawód, zachowujących tradycyjne umiejętności, a mała kawiarnia w rogu serwuje gorące napoje dla wszystkich sąsiednich sklepów. Właściciele sklepów zazwyczaj grają w tryktraka (popularna w Turcji gra planszowa), popijają herbatę i naprawiają świat w swoim wolnym czasie.
Kizlar Agasi Han
Po przejściu przez okrągłe, łukowate drzwi zajazdu, można dostać się na dziedziniec. Dziedziniec, mający plan zbliżony do kwadratu, otoczony jest portykami, które utraciły swoją pierwotną formę. Za portykami znajdowały się pokoje. Jednakże dziś wszystkie te pomieszczenia utraciły swój pierwotny wygląd. Obecnie w budynku mieści się warsztat jubilerski.
Imam Ali Han
Stary historyczny Imam Ali Han to piękna karczma z cichym dziedzińcem z basenem i kwiatami po środku. Miejsce przepełnione jest zapachem przeszłości i pomimo upływu wieków nadal utrzymuje ciepło. Tutaj bije serce handlu złotem, handlarze nadal opierają się wszelkim warunkom gospodarczym.
Po południu przy wejściu do Zajazdu można zjeść kanapkę, a w środku znajduje się herbaciarnia, w której można napić się herbaty i kawy.
Yaldizli Han
W starym zabytkowym budynku pracują mistrzowie rękodzieła, zwłaszcza złotnicy.
Buyuk Valide Han
Büyük Valide Han to fascynujący zabytkowy budynek ukryty wśród ulic Stambułu. Zbudowany w XVII wieku zajazd znajduje się przy ulicy Tarakçılar. Został on zbudowany przez matkę Murata, sułtankę Kösem. Zajazd ten odgrywał wówczas ważną rolę jako miejsce koncentracji handlu.
Z biegiem czasu pełnił różne funkcje i przyczyniał się do rozwoju życia handlowego Stambułu. Był miejscem, w którym sułtanka Kosem ukryła swój majątek i przeszedł do historii jako jedno z pierwszych miejsc w Stambule, w którym potajemnie wydrukowano Koran. Obecnie na pierwszym i drugim dziedzińcu zajazdu mieszczą się sklepy spożywcze, kawiarnie, zakłady krawieckie i inne sklepy, a część pomieszczeń wykorzystywana jest jako magazyny. Han zagrał również ważną rolę w kilku filmach i powieściach.
Jest to wspaniały zabytkowy zajazd, jednak ponieważ nie przeprowadzono renowacji, kopułom grozi zawalenie, dlatego wyjścia na dach są zamknięte, a wewnątrz znajduje się kawiarnia z pięknym widokiem. Z balkonu roztacza się wspaniały widok na wybrzeże Eminönü. Jednak droga, którą należy dotrzeć do kawiarni jest trochę przerażająca.
Kokorec
Buyuk Yeni Han
Stary zajazd, stawiający czoła upływowi czasu i pozostawiony własnemu losowi. Choć przeraża swoimi korytarzami, ciemnością, wilgocią i samotnością, fascynuje wspaniałym widokiem na Stambuł, z okazjonalnymi dźwiękami młotków dochodzącymi z warsztatów.
Mustafa Paşa Han
Według źródeł historycznych gdy wybudowano Mustafa Pasha Han, zamieszkiwali go kupcy, maklerzy i importerzy tkanin. Wiadomo też, że w zajeździe zawsze obecny był przedstawiciel kreteńskiej rodziny Mustafa Paszy. Obecnie w zajeździe mieszkają rzemieślnicy wykonujący zawody, których liczba stopniowo maleje.
Zajazd Mustafa Pasha ma trzypiętrową konstrukcję i należy do zajazdów z dziedzińcem, które są ważnymi dziełami architektury osmańskiej. Zajazd, który zajmuje ważne miejsce wśród zajazdów w Stambule, został wyposażony w szklany dach ze spadkami z czterech stron.

Tarihi Sağır Han
W tej gospodzie przechowywano majątek sułtanki Kösem, a kiedy została zabita na polecenie sułtanki Hatice, całe jej bogactwo zostało splądrowane. Inna historia głosi, że sułtan ukrył swój majątek w wieży znajdującej się wewnątrz gospody, czyli Wieży Eirene.
W wieży Eirene nadal trwają warsztaty z kufi i kaligrafii. Zanjdują się tu również warsztaty produkujące nargile.

Büyük Yıldız Han
To mała karczma, niezbyt stara, z drzewem granatu na środku dziedzińca. Chociaż Büyük Yıldız Han pochodzi z XIX wieku, to patrząc na całość, widać, że wzniesiono go w stylu klasycznych osmańskich zajazdów. Jednakże w kolejnych latach w zajeździe dokonano pewnych zmian i dziś dominuje architektura zachodnia. Trzypiętrowy zajazd ma tylko jedno podwórze. W pierwszych latach budowy Büyük Yıldız Han służył głównie kupcom, pośrednikom i heroldom miejskim. Za czasów Abdulhamida zajazd służył Irańczykom zarówno jako meczet, jak i hotel.
Obecnie w zajeździe działają głównie producenci odzieży. Jednakże górne piętra budynku Büyük Yıldız Han wykorzystywane są jako magazyny. W jednym ze sklepów w zajeździe z widokiem na wzgórze Mahmutpaşa mieścił się pierwszy w Turcji sklep z gotowymi ubraniami – 'Çeşme Güzeli'. Sklep ten istnieje do dziś, choć zmienił nazwę.
Wizyta w Cemberlitas Hamami
Udało nam się również zrealizować żelazny punkt pobytu w Turcji, jaką jest wizyta w hamamie. Ciężko było wybrać dobry hamam bo wszędzie ceny są podyktowane pod turystów. Dla Turków są oczywiście całkiem inne. W końcu zdecydowałyśmy się na zabytkowy Cemberlitas Hamami. Skorzystanie z łaźni tureckiej kosztowało nas jakieś 45 euro od osoby. Był to pakiet podstawowy bez masażu.
Na początek trzeba się przebrać w jednorazowe majtki i z ręcznikiem udać do czegoś w rodzaju poczekalni. Potem przyszły po nas łazienne. Zaprowadziły nas do głównej sali. Robiła ona naprawdę spore wrażenie. Na środku był gorący, kamienny stół na którym odbywał się cały rytuał mycia pianą. W międzyczasie polewały nas gorącą wodą, a na koniec opłukały ze wszystkiego. W poczekalni nasmarowały nam twarze glinką i trzeba było poczekać aż zaschnie i dopiero zmyć. Po tym wszystkim byłyśmy naprawdę miło odświeżone, poszłyśmy się ubrać i wypiłyśmy dodatkowo herbatę ziołową żeby trochę odpocząć. Okazało się, że herbata jest dodatkowo płatna. Poza tym paniom łaziennym trzeba było też dać jakiś napiwek co w sumie okazało się całkiem sporym wydatkiem ale i tak warto się skusić na ten tradycyjny rytuał.
Odświeżone i wypoczęte poszłyśmy coś zjeść po drodze. Wstąpiłyśmy do restauracji i zamówiłyśmy kebaba ze świeżym spienionym ajranem. Po przejściu przez most rozpoczęłyśmy mozolną wspinaczkę na wzgórza i tam też dobiłyśmy do naszych znajomych, po czym razem już wróciliśmy do hotelu.
Bebek i Arnavutkoy
Ostatniego dnia w końcu zaświeciło słońce postanowiliśmy więc wykorzystać ten fakt i udaliśmy się na przystań promową gdzie można skorzystać z dedykowanych wycieczek po Bosforze albo wsiąść na prom zwykłego przewoźnika i w cenie normalnego biletu popłynąć w stronę Morza Czarnego. Tak też zrobiliśmy. Naszym celem był Bebek. Jest to obecnie miejscowość wypoczynkowa z ładnymi willami i domami letniskowymi. Płynąc podziwiałyśmy pięknie prezentujący z pozycji wody Stambuł. Malowniczo wyglądająca zabudowa, rozsiana na wzgórzach, z królującymi nad nimi meczetami i piękne pałace położone wzdłuż Bosforu.
Po zejściu na ląd przespacerowaliśmy się wzdłuż wybrzeża do kolejnej miejscowości, czyli Arnavutkoy. Po turecku nazwa oznacza Albańczyków. W XV w. sułtan Mehmed Zdobywca sprowadził Albańczyków jako budowniczych do Konstantynopola. Zamieszkali właśnie tutaj. Po dzień dzisiejszy można podziwiać charakterystyczne drewniane domy w stylu osmańskim.
Pokręciliśmy się trochę po uliczkach tej ciekawej miejscowości i udało nam się namierzyć klimatyczną kafejkę. Właścicielka zaserwowała nam kawę oraz deser składający się z płatków cieniutkiego ciasta yufka/filo, wyrabianego na miejscu i przekładanego farszem - w naszym przypadku na słodko ale można było też zamówić na wytrawnie. Deser był pięknie poukładany na półmisku a kawa została podana w przepięknych filiżankach. Przyjemnie się tu zrelaksowaliśmy.
Miejscowość jest bardzo ładna, pełna ukrytych perełek architektonicznych i z pewnością warto byłoby ją bardziej zeksplorować ale na to oczywiście zabrakło czasu. Poszliśmy dalej wzdłuż wybrzeża do kolejnej miejscowości - Ortakoy ze słynnym meczetem. Tutaj również pokręciliśmy się po uliczkach, wśród straganów z pamiątkami. Poszliśmy znów na kawę z deserem a już za chwilę odpływaliśmy. Prom kursuje niestety raczej rzadko więc trzeba pilnować godzin rozkładu. Można co prawda wrócić autobusem, my chcieliśmy jednak pooglądać z pokładu promu zabytki stambulskie, takie jak Pałac Beylerbeyi, Pałac Dolmbahcze, meczet Dolmbahcze, port, widok na wieżę Galata oraz ogólnie na Stambuł z wody.
Ortakoy
Yenikapi
Na popołudnie znów się rozdzieliliśmy i każdy powędrował w swoją stronę z zamiarem kupienia ostatnich prezentów i pamiątek. My poszłyśmy do dzielnicy Yenikapi, zmierzając tam handlowymi uliczkami za Wielkim Bazarem. Zahaczyłyśmy jeszcze po drodze o zabytkowy, malutki meczet, bardzo ciekawie wyłożony ceramicznymi płytkami.
Zanim dotarłyśmy na drugą stronę Stambułu minęło sporo czasu i miałyśmy już tylko parę chwil żeby zwiedzić kościół św. Sergiusza, tzw. Małą Hagię Sofię. Obejrzałyśmy przy okazji resztki zabytkowych murów Konstantynopola. Żeby już nie marnować czasu postanowiłyśmy wrócić jakimś środkiem transportu. Niestety metro było zbyt daleko, skorzystałyśmy więc z tramwaju, którym dotarłyśmy do dzielnicy Karakoy a potem zamiast mozolnie, jak ostatnio, wspinać się na wzgórza Galaty wjechałyśmy śmiesznym tramwajem linowo-terenowym, gdzie ustaliliśmy miejsce spotkania ze znajomymi.
Hipodrom
Tunel
Musieliśmy zrobić odprawę online. Zaczęło strasznie padać poszliśmy więc do pubu i tam przy piwie, nie bez problemów udało się nam w końcu odprawić. Zdecydowaliśmy też zamówić taksówkę na lotnisko, zamiast wlec się komunikacją publiczną. Wszystko więc zostało zapięte na ostatni guzik i mogliśmy delektować się ostatnim wieczorem w Stambule.
Rano poszliśmy na śniadanie do pobliskiej knajpeczki a potem wymeldowaliśmy się z hotelu. Taksówka przyjechała prawie punktualnie i dowiozła nas szczęśliwie na lotnisko. Kontrola przebiegła sprawnie, za wyjątkiem małego incydentu z zakupionym metalowym ptaszydłem. Celniczka prosiła o otworzenie walizki bo nie była pewna czy ten długi, metalowy przedmiot jest rzeczywiście pamiątką turystyczną czy jakimś rodzajem broni lub może cennym antykiem. Poza tym jednak nie mieliśmy większych problemów i bez przeszkód dolecieliśmy do Berlina a potem, najpierw busem na parking a na końcu samochodem wróciliśmy do Leszna.
Stambuł, 27.04-4.05.2024
0 komentarze